Słychać już koła i gwizd pociągu

Jeśli spóźniłeś się na mój pociąg to już wiesz, ze odszedłem. Możesz usłyszeć gwizd pociągu na sto mil. Sto mil, sto mil, sto mil, sto mil, możesz usłyszeć gwizd pociągu na sto mil. Panie, jestem sto, Panie, jestem dwieście, Panie jestem trzysta, Panie jestem czterysta Panie, jestem pięćset mil z dala od domu. Panie, jestem sto, Panie, jestem dwieście, Panie jestem trzysta, Panie jestem czterysta Panie, jestem pięćset mil z dala od domu. Nie mam koszuli na plecach, nie mam grosza przy duszy. Panie, nie mogę wrócić do domu w ten sposób. Z dala od domu, z dala od domu, z dala od domu, z dala od domu Panie, nie mogę wrócić do domu w ten sposób. Jeśli spóźniłeś się na mój pociąg to już wiesz, że odszedłem. Możesz usłyszeć gwizd pociągu na sto mil. Sto mil, sto mil, sto mil, sto mil. Możesz usłyszeć gwizd pociągu na sto mil.

Na zielonych polach

Były sobie zielone pola, słońce namaszczało je pocałunkami. Były sobie zielone doliny, gdzie kiedyś płynęły rzeki. Były błękitne nieba, z białymi chmurkami wysoko. Było to miejsce wiecznej miłości. A my byliśmy kochankami, którzy przechadzali się po tych zielonych polach. Nie ma już zielonych pól, wypaliło je gorące słońce. Odeszły wraz z dolinami i rzekami płynącymi po nich. Odeszły wraz z zimnym wiatrem, który wywiał wszystko z mojego serca. Odeszły wraz z kochankami, którzy pozwolili uciec marzeniom. Gdzie są te zielone pola, po których wędrowaliśmy ? Nigdy się nie dowiem, co ci kazało odejść. Jak mogę wciąż szukać, gdy ciemne chmury przykrywają dzień. Wiem tylko, że nie mam tu czego szukać. Nic nie zostało do obejrzenia dla mnie w tym wielkim świecie. Będę wciąż czekał dopóki nie wrócisz. Będę czekał dnia, póki nie zrozumiesz, że nie będziesz szczęśliwa, gdy twe serce ciągle podróżuje. Nie będziesz szczęśliwa, póki nie zaniesiesz go do domu. Wróć jeszcze raz do domu zielonych pól i do mnie.

Nie żałuję niczego

Wnuczki wróciły do katowickiego mieszkania i  zrobiło się cicho. Jeszcze pojedyncze odgłosy wiertarki i młotka nie pozwalają zapomnieć, że mieszkanie pode mną i nade mną jest w remoncie. U nas też zatarliśmy ślady po wymianie pionu gazowego.

Powoli podnosi się księżyc nad dachami. Podwórze na przeciw stało się pałacem z cieni i srebra. Wszystko się tak może zmienić z błota w srebro z pomocą odrobiny wyobraźni. Przez okno napływał zapach kwiatów. Cierpki zapach goździków w nocy. Wychyliłem się i spojrzałem w dół. Na parapecie o piętro niżej stała skrzynka z kwiatami, własność nowego lokatora na parterze. Kiedyś pomogłem jego synowi zdać egzamin z matematyki, jest mi do dziś za to wylewnie wdzięczny.

Poszedłem do mojego pokoju poczytać. Kiedyś kupiłem kilka tomów historii świata i teraz wyciągnąłem je z szuflady. Nie była to zbyt radosna lektura. Dawała jedynie ponurą satysfakcję, że to, co się dzisiaj dzieje, nie jest niczym nowym. Wszystko to powtarzało się już kilkanaście razy. Kłamstwo, łamanie umów, morderstwa, korupcja z chęci władzy, wieczysty łańcuch wojen – zaprawdę, historia ludzkości pisana była krwią i łzami – bez końca to samo.

Kiedyś powiedziano mi, że nie umrę wcześniej, niż nie odwiedzę  Paryża. Spokojnie, jeszcze tam nie byłem…

 

Srebrny nad nami – to nie jest Księżyc ?

Wzdłuż głównej ulicy kołysały się na wietrze latarnie. Silne światła odbijały się w kieliszkach na stole. To wszystko wydawało się nierealne – kieliszki, księżyc, ulice, noc i ta godzina, która przynosi mi swój oddech, obcy, a jednocześnie bliski, jakby się już kiedyś zdarzyła w moim innym życiu, na innej gwieździe.

Niebo pamięci, pod którym teraźniejszość wiedzie swój pogmatwany żywot. Miasto płynie łagodnie w świetle księżyca i poszumie motorów. Długie, nie kończące się rzędy domów, rzędy okien, a za nimi skłębione losy jednostek. Bicie serc milionów ludzi, jakby milionów motorów, które poruszają się z wolna gościńcem życia, z każdym uderzeniem o milimetr bliżej śmierci.

Kokot myśloł o niedzieli…

Cieszę się na najbliższy weekend, bo zamieszkają u nas na dni kilka Róża i Klara, wnuczki moje ukochane, z Katowic. Nie potrafią zapamiętać, że biegają w galotach po domu a nie w spodniach i nie jechały chyba jeszcze baną /pociągiem/. Ponieważ muzea, zoo i wesołe miasteczko są pozamykane, wymyśliłem w niedzielę wycieczkę do Nikiszowca. Jak nie nauczą się godać po naszymu tam, to kaj ? Córki habilitowanych doktorów polonistyki Śląskiego Uniwersytetu ?

Chciałbym z nimi usiąść w wagonie ciągniętym przez parowóz, gdzie okna zamykało się ciągnąć za parciane pasy. I chciałbym, żeby mój dziadek Emmanuel / Manuś/ w czerwonej czapce zawiadowcy stacji w Raciborzu – Dębiczu zagwizdał sygnał do odjazdu …

Dziś, kiedy to piszę, pada znów deszcz, podwórze jest mokre i trudno usiąść pod okapem wieczoru. Kości moje stare rozgrzewa jeno szklanka Ballantine’sa. Wyniki krwi mam bardzo dobre, mój rehabilitant zaleca więcej ruchu, a ja kocham moje dziewczyny – Funię i Zuzię, miniaturowe suczki czarno-srebrne sznaucerki. Szczególnie, gdy zasypiają na moich piersiach po dzienniku / dziennika nie oglądamy we trójkę /.

Kocham moją żonę, moje dwie córki, siedmioro wnucząt i dwóch zięciów. Kocham tych, na których moje psy szczekają na spacerze. Ale Ty Panie i Ty Maryjo z Medjugorie, zawsze jesteście na pierwszym miejscu, na srebrnym łańcuszku Matka Boża Szkaplerzna, wizerunek św. Benedykta i moja obrączka ślubna z 17 września 1977 r.

 

Gdzie są chłopcy z tamtych lat …

Przeciw wojnie. Był nim i pisał o jej okrucieństwach często tu wspominany Erich Maria Remarque. Ale dziś o Marlenie Dietrich gwieździe kina lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Opowiedziała się przeciw Hitlerowi i jego wojennym zapędom. Wracając do Niemiec z tournee nie weszła na ląd i pojechała do Stanów Zjednoczonych – nie chciała śpiewać dla nazistów.

Dziś przypomniała mi się jej piosenka z tego okresu:

Marlene Dietrich Sag mir wo die Blumen sind

 

 

Trudno pisać…

…wolałbym mówić, tak bliżej, czuć twój zapach. To nie jest takie proste, jak myślisz. Kiedy tygodnie mijają, a ja nie opuszczam mieszkania. Spacery z psami, usta zamknięte ciszą z maski. Droga do kościoła, ja nie prowadzę. Jak można o tym pisać, wciąż i wciąż. Telewizor jest głupi, dzienników nie oglądam. Czytanie męczy, lekcji za mało i nawet cóż to za lekcje – mówić do uczniów pozasłanianych maskami…

Wiem, jak uczyć fizyki, ale nie mogę tak, jak wiem. Więc wyjeżdżamy, mój stary, otwórz okno, weź do koszyka piknik i parę butelek absyntu. Nie zapomnij o czapkach ! Tam, gdzie jedziemy będzie mroźno i gorąco zarazem.

Zapyta Bóg w swym niebie
Co dałem Mu, od siebie
Wierzyłem i kochałem
I byłem tym, kim chciał bym był
I żyłem jak, chciał bym żył
I byłem, kim miałem być
Odpowiem mu od siebie
Że spłacę dług tym lepiej
Tym bardziej
Bo wiedziałem, co znaczy
Że nadziei brakowało mi
I kilku chwil, kilku dobrych chwil
Może powie, to niepotrzebne słowa
Trudno nie wierzyć w nic
Trudno nie wierzyć w nic
Trudno nie wierzyć w nic
Trudno nie wierzyć w nic
Zapyta Bóg w swym niebie
Jak spłacę dług
Ja nie wiem
Wierzyłem i kochałem
I byłem, tym kim chciał bym był
Trudno nie wierzyć w nic
Trudno nie wierzyć w nic