Urodziłem się 4 lipca

Urodziłem się czwartego lipca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku w pokoju na parterze z widokiem na podwórze i kasztanowiec, posadzony razem z wybudowaną kamienicą  w 1938 roku . Miejscowość nazywała się Knurów.

Teraz też jestem w podobnym pokoju tylko na pierwszym piętrze. Kasztanowca nie widać bo noc. Miasto o tej samej nazwie tylko całkiem odmienione. Na podwórzu nawet za dnia nie widać piaskownicy w rogu za bramą / bramy też nie ma/. Nie ma już ławki  pod drzewem, klopsztangi, hasioka, studni i kur  babci Anastazji. Oprócz kasztanowca, który trochę niedomaga / ale go leczę /, pozostała jeszcze zdziczała jabłoń i stara, nazbyt wyrośnięta grusza / nie można jej skrócić bo przesądy/ – ostatnie drzewa ogródka dziadka Wilhelma / królików już też nie ma, ani gołębi, które przywiózł z Lubomi mój Tata/.

Moje świniobicie

Prosię wyprowadzałem z chlewika zawsze ja. Nie lubiłem, gdy podwiązywało
się prosiątku ryj sznurem, po co sprawiać mu ból, i kiedy wyprowadzałem
rzeźnikowi prosię podstępem, drapałem je w ryjek, potem w czoło, potem w
grzbiet. Pan Dernasz podszedł z tyłu z siekierą, uniósł ją w górę i potężnym
ciosem powalił prosię, po czym na wszelki wypadek dorzucił jeszcze dwa, trzy
mokre ciosy w roztrzaskaną czaszkę prosięcia. Podałem panu Dernaszowi nóż, a
on ukląkł i wbił ostrze w szyję, i chwilę szukał czubkiem noża tętnicy, potem wytrysnęła struga krwi, a ja podstawiłem garnek, następnie zaś jeszcze wielki rondel, ilekroć zmieniałem naczynie, pan Dernasz za każdym razem uprzejmie powstrzymywał dłonią
płynącą krew, aby ją znowu puścić. A wtedy już warząchwią bełtałem krew, aby
nie krzepła, potem także drugą ręką, obiema rękami jednocześnie, mieszałem
śliczną dymiącą krew. Pan Dernasz z pomocnikiem, panem Kazikiem
furmanem, włożyli prosię do balii i lali na nie wrzącą wodę z dzbanów, a ja
musiałem zakasać rękawy i rozcapierzonymi palcami mieszać stygnącą krew,
zakrzepłe krwawe strzępy rzucałem kurom, obie ręce miałem aż po łokcie
zanurzone w stygnącej krwi. Ręce mi słabły, poruszałem nimi, jakbym wraz z
prosięciem wydawał ostatnie tchnienie, ostatnie kłęby zakrzepłej krwi, a potem
krew rzedła, stygła; wyciągnąłem ręce z garnków i rondli. Tymczasem
oparzone, ogolone prosię wjechało z wolna na haku pod belkę otwartej szopy.

/coś z Hrabala/

Budzisz się czy zmartwychwstajesz ?

Ciągle pada. Była burza z piorunami i uderzyło bardzo blisko. Ludziom popaliły się komputery, telewizory, kina domowe… Ale wszyscy żyjemy, materia nie ma ani trwałości ani żadnego znaczenia. Niskie ciśnienie – ratujemy się kawą, kieliszkiem koniaku albo lampką wina.

Kończy się ten dziwny szkolny rok 2019/2020. Niektórzy nazywają zdalne nauczanie przygodą. To nie była przygoda, raczej nowe doświadczenie, że może szkoła istnieć bez żywych uczniów i żywych nauczycieli. Niech się to skończy z nowym rokiem szkolnym. Dopóki jeszcze mogę coś utrzymać w dłoni, to niech to będzie kreda a nie mysz.

Życzę Wam, moi uczniowie, udanych wakacji. A od września zaczniemy od powtórki…

Le vent nous portera

Nie boję się drogi
Trzeba by się przekonać, trzeba popróbować
Zagubić się w lędźwiach
A wszystko będzie dobrze
Zabierze je wiatrTwoją wiadomość do Wielkiej Niedźwiedzicy
I trajektorię lotu
Do chwil miłych jak aksamit
Nawet jeśli to na nic się nie zda
Zabierze je wiatr
Wszystko zniknie lecz
Uniesie nas wiatr

Pieszczotę i artyleryjską salwę
Bolesną ranę
Smak innych dni
Dawnych i przyszłych

Zabierze je wiatr

Genetykę przewieszoną przez ramię
Chromosomy w atmosferze
Taksówki do galaktyk
I mój latający dywan

Zabierze je wiatr
Wszystko zniknie lecz
Uniesie nas wiatr

Ten odór naszych martwych lat
Nieskończoność przeznaczenia
Co z niego nam zostaje?

Zabierze je wiatr

Podczas przypływu
Gdy każdy robi rachunek sumienia
Zabieram w pustkę mego cienia
Twoje prochy

Zabierze je wiatr
Wszystko zniknie lecz
Uniesie nas wiatr

Autor tekstu: Bertrand Cantat, Noir Désir, Kompozytor:Noir Désir,

Rok powstania:2001, Wykonanie oryginalne: Noir Désir.

Noir Desir

Gloria – Edward Stachura

Chwała najsampierw komu
Komu gloria na wysokościach ?

Chwała najsampierw tobie
Trawo przychylna każdemu
Kraino na dół od Edenu
Gloria! Gloria!

Chwała tobie, słońce
Odyńcu ty samotny
Co wstajesz rano z trzęsawisk nocnych
I w góry bieżysz, w niebo sam się wzbijasz
I chmury czarne białym kłem przebijasz
I to wszystko bezkrwawo – brawo, brawo
I to wszystko złociste i nikogo nie boli
Gloria! Gloria! Gloria in excelsis soli!

Z słońcem pochwalonym teraz pędźmy razem
Na nim, na odyńcu, galopujmy dalej

Chwała tobie wietrze
Wieczny ty młodziku
Sieroto świata, ulubieńcze losu
Od złego ratuj i kąkoli w zbożu
Łagodnie kołysz tych co są na morzu
Gloria! Gloria in excelsis soli!

Z słońcem pochwalonym teraz pędźmy społem
Na nim, na odyńcu, galopujmy polem

Chwała wam ptaszki śpiewające
Chwała wam ryby pluskające
Chwała wam zające na łące
Zakochane w biedronce

Chwała wam: zimy, wiosny, lata i jesienie
Chwała temu co bez gniewu idzie
Poprzez śniegi, deszcze, blaski oraz cienie
W piersi pod koszulą – całe jego mienie
Gloria! Gloria! Gloria!

Masz dość siły

Nie zasłaniaj się swoją małością, złem, które zdążyłeś w życiu popełnić.

Nie zasłaniaj się swym bałaganiarstwem, lenistwem, brakiem inteligencji – wadami, których jesteś świadom.

Nie bój się ludzi, którzy stoją ci na przeszkodzie, którzy ci złośliwie brużdżą, nie bój się opornego świata.

Masz dość siły, aby stanąć na wysokości zadania. Daje ci ją ten, który żąda od ciebie wielkości.