Epitafium dla zmęczonych. Bohaterowie są zmęczeni.

Mało piszę, bo i po co ? Żadnych odzewów, żadnej krytyki, żadnych pochlebstw. Plac za oknem czysty, liście na ziemi pograbione, z drzew spadły nie z mej winy, na dachach też ich nie ma. Gołębie dzikie rzucają ze swojej wysokości połówki włoskich orzechów, pełno ich spada mi pod nogi, niektóre się toczą na moich oczach. Czytam uparcie dzieje Hansa Castropa. Wolno mi idzie. A gdyby tak wrócić do Tomka Sawyera ? A może do Siesickiej, Niziurskiego, Nienackiego, potem do Dygata, Żukrowskiego, Dumasa ? A może „Testament Mój” albo „Ojciec Zadżumionych” ? Z kim do cholery mam wypić wódkę płacząc nad losem Ordona ? Z kim mam czytać na role „Pana Tadeusza ” ?

Czuję się jak wolna, gibka ryba, która wpłynęła do kanału fekalii. Mam dość tego towarzystwa, w którym mi żyć przyszło. I Ciebie mi żal, mój przyjacielu, który ze mną w tej ławicy płyniesz. Jesteś jako i ja zmęczony głupotą, nieuctwem, prymitywizmem i błędami ortograficznymi, które spotykamy na co dzień. Nie tak nas uczono….

No to masz na koniec EPITAFIUM. Dla Krzyśka, dla mnie, dla ciebie i dla niej. Jak ona miała na imię ?……

Tu żadnej pory roku oprócz zimy nie ma …

Z Markiem Grechutą wiążą się moje pierwsze wspomnienia gdzieś z końca lat 70tych. Często grali jego piosenki w radiu. Potem były lata 80te, 90te, weszliśmy w 21 wiek i Marek cały czas mi towarzyszył. W podstawówce, szkole średniej, w czasie przygotowań do matury, na ślubie i po ślubie. Na piosenkach Marka wychowują się moje dzieci. Córka podśpiewuje sobie jego największe przeboje. Na skórze pojawiają się zmarszczki, Marek odszedł, świat coraz szybciej się zmienia. Nie zmieniają się natomiast piosenki Marka Grechuty. Cały czas świeże, wychowują i dają wytchnienie rozjaśniając nieraz moje oblicze. Nie zginęły i myślę, że długo jeszcze nie zginą w natłoku tandetnej popkultury. Siłą ich – piękno poezji, niebanalna muzyka i ponadprzeciętne aranżacje.

Nie oceniaj, pomóż…

„Wracając wczoraj z miasta X do miasta Z zatrzymałam się na dużej stacji benzynowej. Pod stacją siedziała kobieta. Dosłownie siedziała na ziemi. Była zapuchnięta i fioletowa. Podeszłam i zapytałam:
– Co się dzieje ?
Raptem za plecami wyrósł mi pracownik stacji:
-To pijaczka! Siedziała u nas na stacji i wyrzuciliśmy ją, żeby porządnych ludzi nie straszyła.
Kobieta się rozpłakała.
Podniosłam ją z ziemi. Rzeczywiście czuć było alkohol, ale nie była specjalnie mocno pijana. Wprowadziłam ją na stacje, posadziłam przy stoliku, zamówiłam gorące jedzenie i poczekałam, aż skończy, żeby po moim odjeździe nie wywali jej z tej stacji.
Na dworze było zero stopni. Kobieta szlochając jadła, a łzy kapały jej do talerza. Przyniosłam paczkę chusteczek, poszłam za nie zapłacić. Obsługa stacji patrzyła na mnie ze strachem i szokiem.
Ja należałam, w ich mniemaniu, do tych porządnych, więc byłam bezpieczna. Ja sama natomiast miałam ochotę wystawić ich wszystkich na mróz w ramach doświadczenia.
Wróciłam do stolika i zobaczyłam, jak kobieta chowa resztę bułki do serwetki – to dla psa – cicho powiedziała nie patrząc mi w oczy. Głodny lata po wsi.
– To Pani pies? – spytałam
– Nie sąsiada, ale sk***l go nie karmi – usłyszałam.
– Skąd Pani się tu wzięła na tej stacji ??? – zapytałam.
– Przyszłam z wioski, święto jest, sklep we wsi nieczynny, miałam 20 zł. Chciałam kupić flaszkę, żeby zapić śmierć Bartka. Zaglądam do kieszeni, a tu zgubiłam pieniądze po drodze – tłumaczyła cicho.
– Podwieźć Panią do domu? – spytałam
– Wybrudzę Pani auto, śmierdzę – odpowiedziała, ale przyjęła moją propozycję.
Zabrałam Ją do auta i po drodze opowiedziała mi o swoim dramacie. Trzy lata temu straciła dziecko w wypadku i męża.
Mieli kawałek ziemi, mieli kurnik i to spory. Kurnik jest, kur nie ma, w domu nawet czysto. Na ścianie zdjęcie męża z synkiem na ciągniku. Synek miał 7 lat. Ona wtedy była w 5-tym miesiąc z drugim w ciąży, jak wydarzył sie wypadek. Poroniła na skutek obrażeń, ale przeżyła.
– I po co, ja się pytam Bóg mnie wtedy oszczędził – zapytała mnie z ogromnym żalem w głosie.
– Dla nich – pokazałam zdjęcie męża i syna.
Wyjęłam trochę pieniędzy i położyłam na stole.
– Mogę kupić flaszkę – zapytała szczerze.
– A możesz spróbować nie? – padło zapytanie
-Pani jest ta Minge ? – spytała naraz
– Pytam czy możesz spróbować nie kupić tej flaszki? – nie dawałam za wygraną.
– Wiesz, że kupię – odpowiedziała bez cienia zastanowienia.
– Wiem – powiedziałam.
Wyszłam z jej pustego przeraźliwie domu i już wsiadałam do samochodu, kiedy usłyszałam za plecami:
– Spróbuję nie – powiedziała Kobieta.
Bo to cały czas była Kobieta.
Dzisiaj rano poszłam do samochodu i zobaczyłam na siedzeniu, na którym siedziała stary, srebrny, zniszczony medalik z wizerunkiem św. Rity.
Dlaczego to opowiadam?
Zanim ocenisz, wyśmiejesz, wyrzucisz człowieka, który odstaje od twoich standardów, zaśmieca twój świat, zastanów sie czy jego miejsce jest na śmietniku, czy zasłużył, żeby dostać karę od ciebie?
Czy masz takie prawo oceniać i karać?
Nie oceniaj. Pomóż”
Autorka: Ewa Minge