Pięć lat temu

pięćimages    Byłem wtedy, pięć lat temu, kimś zupełnie innym, niż jestem dziś: byłem młodszy, miałem tylko dwoje wnuków, lepszy, głupszy, dużo weselszy i grubszy, chociaż tak samo skłonny do melancholii jak dziś. Piłem więcej, paliłem więcej, choć z przerwami, miałem światopogląd, lepsze zdanie o ludziach, mniej pieniędzy i mniej czasu. Nie gotowałem i pisałem gorzej, piłem wódkę, gorsze wina i sądzę, że byłem przyjemniejszy w towarzystwie.

Przestrzenie głupoty przebyte w ciągu tych pięciu lat uświadamiają mi, ile jeszcze głupoty do przebycia przede mną, całe życie idioty w świecie złudzeń, jak bardzo głupi jestem teraz, tego oczywiście dziś nie dostrzegam.

Pisanie na tej stronie mnie zmieniło. I nie chodzi tutaj o jakieś gwałtowne przewartościowania, które mi się, owszem, przydarzały, ale później i od Remarqe’a raczej niezależne. Zmiana wydarzyła się gdzieś pomiędzy mną a światem, moje smutki i gorycze, wcześniej nienazwane, nagle znalazły swój i nie swój język.

Poranek

  kiedy-jest-poniedzialek-ale-ty-i-tak-masz-wakacjeW czasie wakacji trudno rano  wstać – bo przecież nie trzeba. Nie trzeba iść do pracy, niby nic nie trzeba. Ale są moje psy, dziewczyny, z którymi muszę wyjść. One nie mają wakacji a raczej ich potrzeby fizjologiczne upominają się o spacer. Więc wstaję : mycie, śniadanie i wychodzę z nimi. Teraz inną wędrujemy trasą: w stronę cukierni Klimka, przed nią skręt w prawo, potem ścieżką za płotem Basi, kawałek Spacerową i zanurzenie w park NOT-u. Po nim kilka zakrętów i powrót do domu ulicą ks. Koziełka.

     W domu poranna kawa i wejście w codzienność. Tak rodzi się mój dzień. Dziś niebo pogodne, dziewczyny leżą obok mnie, gdy piszę. Do kościoła na 11.30, bo Wniebowzięcie, potem do Katowic po Martę, Różę i Klarę. Rodzinne spotkanie przy stole, będzie jeszcze Patryk i Oliwka. Potem z powrotem do Katowic, z dziewczynami na wieczorny spacer, mój prysznic i telewizor – może jakiś dobry  film obejrzymy ? Wczoraj oglądaliśmy początek „Wilków morskich” z Gregorym Peckiem i Rogerem Moorem.

To taki dziennika wpis dzisiejszy. Wczoraj jeszcze przed zaśnięciem kawałek Twardocha „Wieloryby i ćmy” przeczytałem. I motto na najbliższe dni:

Życie jest jak most – przechodź po nim, tylko nie buduj na nim swojego domu.

Jeremiasz w błocie

jeremiaszhqdefault          Jeden z największych proroków Starego Testamentu Jeremiasz został zanurzony w błocie. Wydarzenie ma miejsce w oblężonej przez Babilończyków Jerozolimie. Jeremiasz, wielki autorytet moralny i religijny, bardzo trzeźwo ocenił sytuację. Izraelici nie mają żadnych szans, aby odeprzeć atak nieprzyjaciół, którzy opanowali cały kraj. Jest tylko jedno mądre rozwiązanie: poddać się, oddając w ręce okupanta. W ten sposób można uratować przynajmniej życie i wartości religijne, które w czasach dobrobytu w narodzie zostały zagubione. Żydzi stracili wiarę i poczucie odpowiedzialności za prawo moralne.

W oblężonej Jerozolimie Jeremiasz wzywa do poddania. Wszyscy gorliwi patrioci, którzy woleli umierać, niż myśleć o przyszłości swojej i narodu, wystąpili przeciwko niemu. Początkowo go aresztowano, a kiedy ze swojej celi nadal, w imieniu Boga, wzywał do poddania, postanowili go zgładzić. Nikt nie chciał przelać krwi proroka i dlatego wybrali inny sposób. Na dziedzińcu królewskim była cysterna, do której w porze deszczowej zbierano wodę. Wody już nie było, natomiast na dnie leżało dużo błota i właśnie tam wrzucono Jeremiasza. Był pogrążony tak głęboko, że kiedy życzliwi ludzie chcieli go wyciągnąć, musieli na liny, aby go nie zranić, położyć podartą odzież. Czytaj dalej

Coś po góralsku

comitamimages Tytuły czasami nic nie znaczą. Na bezchmurnym niebie leci samolot i zostawia białą smugę słonecznej drogi. Gdy słucham muzyki i piszę – jestem wolny. Stan ten lubię, nie powiem, ale czasami niesie mnie w różne strony spraw lawina, czasami zapominam o dniu codziennym. Powroty i odejścia, to tak łatwo przychodzi. Statek płynie pod żaglami a Edmund Dantes stoi na brzegu, to potem będzie hrabia Monte Christo, kto to mógł przypuszczać ? Jesień stoi w kolejce, w korku pejzaży o śliwkowych kolorach. Napiłbym się śliwowicy, ale nie mam. Zaproś mnie na nią, to ci coś opowiem…Skoczyłbym ze spadochronem, ale go zapomniałem – została smuga po samolotowej akrobacji i pusta butelka po winie. Co to kogo może obchodzić ? Na scenie życia aktorzy się nie zmieniają, inne tylko ubierają maski. A ty stoisz i zadajesz sobie pytanie: czy ja to czy to nie ja to, kim będziesz i powtarzasz pytanie: co mnie tu wiodło, żem samotny i stroniący od ludzkiego towarzystwa został z muzyką i z tą maszyną do pisania ? Sam to rozstrzygnij, jeśli masz ochotę.

Tytuły czasami nic nie znaczą. Ani to, co autor miał na myśli.

 

Także i ty

Także i Ty, i Tobie też,
przekonasz się, nauczysz się,
pogodzisz jeszcze się, kto wie,
z wszystkim co dziś… co jeszcze nie.

Także i Ty, i Tobie też,
choć wiele jeszcze pragniesz, chcesz,
zrozumiesz sam, przekonasz się,
że głupstwem było tyle chcieć.

W ramiona czyjeś rzucić się
i rozpłomienić wokół świat!
nauczysz się – odwrócić się…
i obojętną unieść twarz.

Nauczysz się i tego Ty,
choćbyś chciał wołać, za kimś biec,
to niemożliwe… mówię Ci..
przekonasz się, potrafisz też…
przystanąć – „przejdzie.. ” – sobie rzec..
” – to przejdzie, przejdzie… nic, to nic…”

Także i Ty, i Tobie też,
te lekcje są pisane, wiesz…
ironia, cienkość, kpina, śmiech…
Jak to się czyta ?!
poznasz szyfr.

O starym gołębiu

goląbimagesGdy usiadł na parapecie, chciałem go o coś zapytać. Nim powiedziałem słowo pierwsze – odleciał. Głupi, wolny, stary gołąb. Czy wróci ?

Jutro będzie słonecznie, tak w kościach czuję. Ubrałem kurtkę, bo  zimno. Nie chce się spać, słucham Demarczyk, tak znowu, powoli i od nowa. Nie wiem dlaczego lubię gołębie, Demarczyk, czerwone wino i smak papierosa. A może  ty to wiesz ?

Smażenie konfitur

Vincent_Willem_van_Gogh_128Wolny czas sprzyja rozmyślaniom. Na parapecie kubek po kawie a w nim dwa niedopałki. W basenie kąpie się odważna niewiasta, choć dziś na kąpiel za zimno. Oglądałem zespoły folkloru górskiego – wchodziły do parku w Wiśle. Czerwone wino smakuje lepiej niż jeszcze wczoraj. To znak, że wiatr się zmienia i idzie ku dobremu. W sieni czarne paski oddzielają lastriko – to znak końca małego remontu. Sam nie wiem, dlaczego w moim pokoju biją dwa zegary. Oba przedwojenne, jeden po babci Lojsce, a drugi zaczął bić, gdy urodziła się Klara. Ten ostatni bije delikatnie, cichutko, jak małe dziecko płacze przed światem postawione. Ten po babci jest starszy ode mnie i tak bije, że już go nie słyszę. Znam go od dzieciństwa, od stacji kolejowej w Brzeziu- Dębiczu. Tak mi oba biją. Jeden bije koniec mojego tu bytowania a drugi odmierza czas małej Klarze, ten bije do przodu, jakby się bał wchodzić w dorosłość.

Jeszcze jeden łyk wina i myśl o Funi i Zuzi, których tu  ze mną nie ma. Jeszcze jeden papieros wieczorem, jeszcze jeden łyk wina. Znów czuję, że krew płynie żywiej i dlatego uśmiecham się do obrazu na ścianie – to słoneczniki Van Gogha. Takie słoneczne słoneczniki na  pochmurnym beskidzkim niebie.

Na wakacjach

Teraz jestem w domu.  Żadne wielkie wyjazdy nie są na razie w planie.  Prace w piwnicy i remont klatki schodowej pochłaniają moja uwagę. Jest spokój i dużo czasu na odpoczynek i sen.  Tobie też tego życzę. Na dziś dobre słowa:

„W dobrej pamięci wciąż kwitną kwiaty pięknych wspomnień”

 

 

„No to do zaś” czyli trzecia i ostatnia część wywiadu z Romkiem Buchtą

 Buchta Romek 3 – No to do zaś – powiedziałem, i umówiliśmy się na następne spotkanie i na następne nagranie. Ale następnego spotkania już nie było, już nie zdążyłem niczego nagrać. Jeszcze rozmawialiśmy krótko kilka dni przed jego śmiercią telefonicznie, uzgadnialiśmy pisownię nazwiska Piczki i gdzie dokładnie był warsztat Tomulki. Mówił słabym głosem, ale wyraźnie i przytomnie.

Romek zawsze mówił spokojnie, nigdy nie podnosił głosu i nigdy nie krzyczał. Gdy się z czymś lub z kimś w towarzystwie nie zgadzał, to argumentował spokojnie swoje racje lub ostatecznie milczał.

Przepraszam wszystkich czytających te moje „wywiady” za nieudolność stylu i błędy językowe. Tak trudno jest zachować styl mówienia Romka i przelewać to na papier. Jeżeli kogoś tymi publikacjami obraziłem, to też proszę o wybaczenie. Romek na pewno nie chciał nikogo obrazić ani ośmieszyć. Rozmawialiśmy jak dwaj dobrzy znajomi, on mówił, a ja słuchałem. I dziękuję Jemu za wszystko, co powiedział i bardzo mi przykro, że nie zdążyłem wszystkiego nagrać. Ale chyba nigdy nie nagra się wszystkiego. W czwartek rano, 14 lipca, Stefa Stefaniak zadzwoniła do nas , że Romek Buchta nie żyje. Wielokrotne czytanie tego tekstu i słuchanie nagranego głosu Romka przenoszą mnie i wielu z Was w kraj lat dziecinnych starego Knurowa, kraj, którego już nie ma.

…   – Naprzeciw zejścia ze schodków na dworcu zawsze stał ktoś z profesorów, albo spacerował i pilnował, abyśmy nie jechali do centrum Rybnika na dworzec i nie poszli do kościoła. Tak to dzisiaj rozumiem, że była to inwigilacja nas uczniów. Po drodze mieliśmy dwa kościoły: Ojców Werbistów w późniejszym Zjednoczeniu i kościół św. Antoniego, obecnie to jest bazylika mniejsza. Ktoś tam poszedł na pewne układy z ówczesnym proboszczem św. Antoniego, że otwierał on na przestrzał dwoje drzwi, bo kościół był zbudowany na planie krzyża. Przez kościół się przelatywało, bo było bliżej. Na środku klękaliśmy i dawaj do szkoły. No i żeby to właśnie nam utrudnić, kazali wysiadać na Paruszowcu.

Tak przebiegało pięć lat liceum pedagogicznego. To nie była szkoła wiedzy, to była szkoła życia.

– Czy pamiętasz, kto cię uczył fizyki ? Olesiowa ? Sobczyński ?

– Kto mnie uczył fizyki ? Nie pamiętam.

– A muzyki ?

– No, muzyka, to był osobny rozdział, bo to był nie tylko śpiew, ale także obowiązkowe granie na skrzypcach! Nauczyciel nazywał się Lomosik, w pewnym sensie prześladował mnie niesamowicie. Wszyscy profesorowie byli po mojej stronie, a on mi na koniec dał trójkę. I wszyscy, łącznie z Florą szli do niego:  – „No co to robisz ?” Mieliśmy zespół pieśni i tańca, więc ja tam solówki jakieś śpiewałem.    –„ Ten chłopak śpiewa, występuje, a ty mu tu trójkę jakąś wystawiasz…”. Czułem się pokrzywdzony tym bardziej, że wiedziałem, że całe grono stoi za mną. Kiedy na koniec zajęć szkolnych było takie spotkanie – wręczenie świadectw maturalnych, po maturze, bardzo prymitywnie zemściłem się. Profesorowie szli po kolei, łapę podawali, gratulowali, dochodzi do tego, że Lomosik idzie i ja, prymitywnie, bezczelnie odwróciłem się plecami i tej łapy mu nie podałem, wiesz ? To był popłoch, wszyscy na mnie patrzą, coś ty zrobił ? No nic nie zrobiłem, on był dla mnie taki, to ja dla niego na koniec też taki. Przez te skrzypce nieszczęsne to trzy osoby musiały opuścić  liceum.

Czytaj dalej

Wywiad z Romanem Buchtą – część druga: „Moje szkoły, moi nauczyciele, moja młodość”.

Buchta Romek 1W wyglądzie ulicy księdza Alojzego Koziełka zaszły zmiany.
Roman Buchta  –  Z Bartoszowej drogi wychodziło się na ul. ks. Alojzego Koziełka. Tydzień temu moja kuzynka Marzena wzięła mnie na wózek inwalidzki i powiedziała ,,wujku, jedziemy zwiedzać Knurów”. Ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ kiedyś ul. ks. Koziełka była reprezentacyjną ulicą Knurowa, była bardzo piękna. A teraz wygląda zupełnie inaczej.
Grzegorz Cuber  –  Przecież nawierzchnia jest odnowiona…
– Nawierzchnia tak, ale ja mówię o budynkach. Nie jest to to, co pamiętam z dzieciństwa, z wyjątkiem ciastkarni Klimka, a poza tym wszystkie sklepy są nie na swoim miejscu, nie tak jak to było kiedyś, wszystko się pozmieniało, wszystko się inaczej nazywa, jedynie ten Klimek się zachował i jest na swoim miejscu. Kołoczyki ma dobre, takie jak były kiedyś. Chodziłem na pamięć do pewnych sklepów, bez patrzenia na szyld lub okno wystawowe.
– Przypomnij, jakie to były sklepy ?
– Idąc od św. Jona, jak to się kiedyś mówiło, to najpierw był Wojtaszek, czyli mleko. Apteka była tam gdzie jest, Anna Klimkowa, czyli ciastkarnia, potem był Stania – masorz, szkoła, wiadomo w tym samym miejscu, a potem był sklep zwany „koksy” i Waluszek Wtedy był podział na Koksownię i Kopalnię. Koksownia otwarła sklep, trzeba było mieć legitymację, żeby tam kupować. Potem był Adamczyk, czyli wasz dom, po lewej stronie. Zawsze chodziliśmy podziwiać jak Adamczyczka nalewała mleko. Nam się to bardzo podobało. Mleko nalewała aluminiową chochlą. Nalewała – „cyk cyk” – ile tego faktycznie wlała to jej sprawa. Zawsze chodziliśmy ją podziwiać, a ona pytała ,,co tu robicie, przecież nic nie kupujecie, uciekajcie stąd !”. Potem był po lewej stronie Koczorek, u góry mieszkała Piczka, która zajmowała się krochmaleniem kołnierzyków dla całego rejonu. Wtedy kołnierzyki koszul musiały być obowiązkowo sztywne, na wesele – dla pana młodego, drużbów. Koszule do tej Piczki się zanosiło, a Tomulka, który był szewcem miał warsztat naprzeciwko Szyrmla. Jak dziś go widzę, siedział w drzwiach i klupoł buty. Potem była Woszowa, u której kupowało się alkohole. Następnie ul. Jainty, kamienica Szmidtki na rogu, dom Edwarda Przybyły i potem się już zaczynały familoki, po prawej stronie. Po lewej stronie był fryzjer, koło Tomulki, w domu Suchowiaka. Był też sklep meblowy, ORS , naprzeciw koksów. ORS czyli Oddział Ratalnej Sprzedaży. Bartoszek tam urzędował, zwany Żydem, z powodu swoich handlowych umiejętności. Znany był z niego na całej ulicy „babiarz”. W podwórzu był zakład masarski, nie pamiętam kto był jego właścicielem. U Szyrmla w głębi przyjmowali skórki od królików do garbowania. Szyrmle mieli olbrzymi sad przy ul. Sienkiewicza. Zawsze czekaliśmy na lato, żeby owoce dojrzały. Czereśnie kosztowały 2 zł i podawało się przez furtkę. Bo mieli takiego psa, który wabił się Amin. Nieraz trzeba było czekać aż Szyrmlino przyszła, a pies stał przy furtce i nie pozwalał wejść. Było tam wolne pole, między Pawlytką a Szyrmliną, którego właścicielem był Czernik. Kończyło się budynkiem Czernikowym, ale wejście było od ul. ks. Koziełka. Potem była Szymurka, nikt jej nie godoł Szymurka tylko Anele, do Anele się szło, a potem już były familoki. Czytaj dalej