Dziś prawdziwej fizyki już nie ma…

Wojciech Dindorf (ur. 22 maja 1931 w Stryju) – polski fizyk, matematyk, popularyzator nauki, a także satyryk, poeta i muzyk. Uhonorowany tytułem Popularyzatora nauki 2016.

Życiorys

Swoje pierwsze lata życia spędził przemieszczając się wraz z rodziną między Stanisławowem, Chryplinem, Jamnicą, Zimną Wodą i Lwowem. Z powodu trwającej w tamtym czasie II wojny światowej, zmuszony był przerwać naukę w piątej klasie szkoły podstawowej. Kolejne dwa lata spędził ukrywając się w okolicach Jasła i Gorlic, a następnie kontynuował podróż przez Ropczyce, Ząbkowice Śląskie, aż do Legnicy. W 1950 zdał egzamin maturalny w liceum im. Henryka Pobożnego (klasa o profilu matematyczno-fizycznym).

Czytaj dalej

Pamięci profesora Jana Sobczyńskiego


Napisałem o Nim w 2015 roku. Przypominam ten tekst dzisiaj, gdy On już odszedł, gdy nie ma Go z nami. Nie mogę Go zapomnieć, nikt z nas tego nie potrafi. Zmienił nasze życie, nauczył miłości do fizyki, poszanowania logiki i poznania tych, którzy historię fizyki tworzyli. Do końca życia nie używał komputera, nie wiedział i nie chciał wiedzieć, co to są doświadczenia wirtualne. Siedząc z Nim przy Jego małym biurku, w Jego własnym mieszkaniu na trzecim piętrze, oglądałem pomoce do  doświadczeń, które sam wymyślał  i budował  w swoim warsztacie w piwnicy.  Pamiętam jego śrubki, nakrętki i gwoździe, które trzymał w szklanych słoiczkach na zapleczu pracowni fizycznej w Liceum Hanki Sawickiej w Rybniku. Cieszył się, gdy któryś z dorosłych uczniów  Liceum Wieczorowego poniklował mu kurki od gazu w naszej klasie. Takie kurki były przy każdym uczniowskim stoliku.

Dziś w tej pracowni nie ma już kurków od gazu, ale przy każdym stoliku jest komputer. Chciałbym zaśpiewać wraz z panem profesorem Wojciechem Dindorfem z Opola ; … „Dziś prawdziwej fizyki już nie ma…”. Nie  ma takiej fizyki i nie ma Jego, naszego Wychowawcy i Mistrza. Zostały nam po nim niezatarte wspomnienia i zeszyty  z czterech lat licealnych. Nikt z nas ich nikomu nie pożyczy, tak jak nikt nie odda czegoś, co jest tylko  Jego i nasze.

A oto mój wpis  z 27 marca 2015 roku…

Rozmawialiśmy dziś rano. Ponad dwie godziny. Przez telefon. Nie mogę za dużo chodzić, więc do Rybnika nie pojechałem. Dawniej bywałem u Niego co roku, czasem raz na dwa lata. Legenda mojego Liceum. Liceum  Hanki Sawickiej  w Rybniku. Nasz wychowawca. Ma 76 lat. Ja, raczej my, z IV b mamy po sześćdziesiąt. Cokolwiek powiem będzie banalne. Nikt tak nie uczył fizyki jak On. Wychował setki lekarzy, fizyków, matematyków, inżynierów, handlowców, urzędników, kierowców i zwykłych miłośników fizyki, matematyki, logiki, prawdy. Zawsze wzbudzał  szacunek i podziw. Perfekcyjnie przygotowany do każdej lekcji. Robił doświadczenia / teraz to nazywa się pokaz/. My robiliśmy ćwiczenia w grupach, na ławkach mieliśmy przyrządy. Mieliśmy po sześć godzin fizyki w tygodniu i pięć godzin matematyki. Przez cztery lata.  Coś napomknąłem o doświadczeniach wirtualnych na ekranach monitorów, w obecnej szkole. Nie powiedziałem, że to lizanie lodów przez szybę. On też tego nie powiedział.  Jest bardzo skromny. Opisywał widokówkę z CERN-u, którą dostał od swoich uczennic / tylko korepetycyjnych/. Ma problemy ze zdrowiem. Leczą Go jego uczniowie, no, nie tylko. Od ponad pięćdziesięciu lat jeździ codziennie na rowerze. Teraz przez godzinę dziennie. Piętnaście kilometrów. Siedem i pół do rzeki i siedem i pół z powrotem. Jego rower to Kross. Ma ponad dziesięć lat. Ostatnio wymienił tylną oś, z przerzutkami wewnątrz. Zminimalizował wymagania do trzech przerzutek. Rower ma w piwnicy. Ma stalową ramę i jest dla Niego niezastąpiony. Oprócz tego dziennie gimnastykuje się co rano w swojej „siłowni”. Mieści się w pokoju trzy na trzy  metry. W tym pokoju jeszcze do niedawna uczył fizyki. Tych, którzy chcieli wiedzieć. Mieszka w bloku, na trzecim piętrze. Małe, skromne mieszkanie niedaleko Liceum. Mieszka tam od ponad pięćdziesięciu lat. Opowiadał o swojej emeryturze, jej wysokości i trybie życia. Cieszył się, że zadzwoniłem. Lubimy rozmawiać. Gdy wydobrzeję, pojadę go odwiedzić. Lubię Rybnik.

Kabaret Smile a sprawa Śląska

Obejrzałem podczas finału Rybnickiej Jesieni Kabaretowej Ryjek 2018 występ kabaretu Smile, o granicy śląsko – polskiej. Jak trudno jest gorolom /warszawiakom / przekroczyć granicę i dostać się do Zjednoczonych Emiratów Śląskich… Od kiedy Śląsk oderwał się od Polski stał się piątą potęgą ekonomiczną świata… Nikt go nie doi, odprowadzając zyski z kopalń do stolicy. Aby się dostać na Śląsk potrzebny jest paszport, wiza wystawiona przez Śląski Konsulat w Warszawie i zaproszenie od wujka – Ślązaka….

Ta bajka została burzliwymi oklaskami przyjęta przez publiczność zgromadzoną w Teatrze Ziemi Rybnickiej. We mnie wywołało to pewien zgrzyt, dysonans a także niesmak. Kabaret Smile jest z Lublina. Tam to tak widzą, antagonizmy Śląska z Zagłębiem / miasto niczyje czyli Sosnowiec / wydają się z odległości ciągle żywe, choć tak naprawdę, te walki zostały już tylko w wicach i głębokiej świadomości każdego Ślązaka, którego przybysze z Kongresówy skrzywdzili, doprowadzili tę naszą ojczyznę do ruiny, do zamknięcia kopalń, traktując Ślązaków jako roboli, bo są pracowici, dokładni,  uczciwi i nie lubią fuchy w żadnej postaci. Sami zaś obsadzili miejsca dyrektorskie, w fabrykach, hutach i zarządach miast i wsi. Tak było po wojnie w Bytomiu, Gliwicach i innych śląskich miastach, do których napłynęła ludność ze Lwowa, Stanisławowa …

Ja, może jeden z nielicznych albo wprost przeciwnie – nie robię w szkole ani w żadnym innym miejscu różnicy między ludźmi ze względu na pochodzenie. Najlepiej jednak czuję się w towarzystwie rdzennych Ślązaków, gdzie nie trzeba wielu słów, gdzie język jest chropawy i gdzie smakuje  piwo zupełnie inaczej niż w pubach Warszawy czy nawet  Lublina.

Za chwilę zaproszę cię do obejrzenia tego występu Smile w Rybniku / jest na Youtube /.

Kupiłem ostatnio Ślunski Cajtung redaktora Dyrdy z Lędzin. Cały numer poświęcony jest klęsce śląskich partii regionalnych / Ruch Autonomii Śląska, Śląska Partia Regionalna, Ślązoki Razem / w wyborach do sejmiku województwa śląskiego. Dziś wiemy, że będzie tam rządził PiS i na autonomię, choćby kulturową, szanse są niewielkie. Jakie są przyczyny tej klęski, przeczytacie w Ślunskim Cajtungu / a propos – w Knurowie do kiosku przychodzi 5 egzemplarzy tej gazety, a pani kioskarka zwraca 3 sztuki – zawsze się dziwi, że nikt tego nie kupuje /. Też nie popieram wszystkich poglądów redaktora Dyrdy, którego gazeta jest pełna nienawiści do tych, którzy sprawy śląskiej nie popierają.

Krytycznie wypowiada się tam także Szczepan Twardoch.

Kończę. Na dworze zima, liście z kasztanowca moja dmuchawa zepchnęła do kąta, gdzie rosną cisy. Cisy przez to przezimują, a ja mam czyste podwórze. Odwiedź mnie czasem, mamy tyle wspólnych tematów…

Pomnik Powstańców Śląskich w Knurowie

Pomnik Powstańców Śląskich w Knurowie to obiekt zabytkowy, usytuowany przy ulicy Dworcowej. Pomnik został zbudowany za kadencji ówczesnego naczelnika Antoniego Słoniny. W czerwcu 1923 roku gotowy pomnik poświęcił ksiądz Jan Chrząszcz. Na początku II wojny światowej został zburzony przez samych Powstańców na rozkaz niemieckich okupantów. Od 1949 r., za czasów  PRL-u, odbudowano go  jako Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej.

Do pierwotnego wyglądu został przywrócony w roku 1995, a więc 6 lat po upadku komunizmu w Polsce. 4 czerwca 1989 roku odbyły się naszym kraju pierwsze półwolne wybory – tę datę uważa się za upadek komunizmu w naszej Ojczyźnie .

Tyle Wikipedia. Przypominam to młodym ludziom, którzy nie znają historii swojego miasta. Przypominam to także dlatego, że pod tym pomnikiem kwiaty składają co roku władze miasta. Teraz była to 100. rocznica odzyskania niepodległości.

Ile tej niepodległości mieliśmy ? Jak od 100 odjąć dwie wojny światowe i czasy wdzięczności Wyzwolicielce Armii Czerwonej od 1945 do 1989, to wychodzi mi, że było tego  około lat czterdzieści…

Myślę, że życia wyłącznie w Niepodległej Rzeczypospolitej przez 100 lat już nie doczekam. Ale młodzi – jeżeli będziecie to kiedyś świętować –  zbudujcie nowy pomnik w Knurowie, rdzennie polski – lepiej rdzennie śląski, od pomysłu do jego odsłonięcia. Pod płytkami z piaskowca, który zdobi ściany tego zabytkowego obiektu – co się jeszcze kryje? Nie wiem i wolę nie wiedzieć.

To mój gorzki i uszczypliwy komentarz. Na pewno nie

mam racji… Ale kogo to zresztą obchodzi ?