Chłopiec z plakatu

Wróciliśmy właśnie z koncertu Starego Dobrego Małżeństwa. Był  w Teatrze w Rybniku. Najpierw jednak wizyta na rybnickim cmentarzu – właśnie mija 27. rocznica śmierci mojej mamy. Zaduma przy grobie, wspomnienia, sumienia wyrzuty…

W teatralnym bistro zdążyliśmy wypić kawę i zjeść dobry sernik. Występ rozpoczął się 7 minut po czasie, lekkie zdenerwowanie szło przez salę. Ale kiedy wyszli na scenę – Krzysztof Myszkowski, solista i niezmienny lider zespołu, Maciej Knop – gitary, śpiew i Roman Ziobro – gitara basowa, kontrabas – wszystko ucichło, była tylko poezja i muzyka, więcej poezji, a potem więcej muzyki i więcej poezji.

Stare Dobre Małżeństwo to grupa, której nazwa z każdym rokiem nabiera coraz szerszego znaczenia. W tej chwili jest tak samo „stara” jak dobra, bo tworzący ją muzycy dojrzewają jak wino, które wciąż zaskakuje nowymi smakami i odcieniami.

Ponad dwie godziny niezwykłej wrażliwości płynącej ze sceny, cztery bisy i dwie owacje na stojąco. Nie mogło być inaczej. Stare Dobre Małżeństwo ma to do siebie, że gdziekolwiek się pojawia – czy to w dostojnej sali  teatru, czy w niczym nie wyróżniającej się salce gminnego domu kultury – zawsze gra tak, jak gdyby miał to być ich ostatni występ. Trudno nie docenić tej niesamowitej energii i zaangażowania, podobnie jak trudno wyrzucić z głowy usłyszane na tych niezwykłych spotkaniach słowa – Stachury, Ziemianina, Barana, Leśmiana. Kto ich nie nucił po wyjściu z sobotniego koncertu? Nie widzę zgłoszeń.

Nie zawiedli. „Czarny blues o czwartej nad ranem”, „Gloria”, „Jak (cudne manowce)”, „Bieszczadzkie anioły”, „Z nim będziesz szczęśliwsza”, „Nie rozdziobią nas kruki”, „Blues dla Małej”… Mówiąc pół żartem, pół serio, na co dzień uważam się za osobę, której emocjonalność pozostaje w dopuszczalnej normie / czasami jest ponad /. Mimo to, za każdym razem kiedy publiczność razem z zespołem odśpiewuje słowa piosenek zwrotka po zwrotce, czuję lekki ucisk w gardle. Tak było i tym razem.

„Lato, jesień, zima, wiosna”, zupełnie jak u Stachury. Czas płynie niepostrzeżenie, a większość z nas i tak najlepiej pamięta SDM z czasów studenckich wyjazdów w góry czy gitarowego szarpania strun na licealnych prywatkach. Okazuje się, że delikatność, liryczność i spokrewnione z nimi sentymenty do nieprzeniknionej głębi ich muzyki i poszanowania słowa są ponadczasowe i wciąż poruszają w słuchaczach najczulsze struny. Najlepszym tego dowodem jest to, że słucha ich już trzecie, a nawet czwarte pokolenie tych, którzy od SDM-u zaczynali swoją przygodę z poezją śpiewaną i muzyką „krainy łagodności”. Tak różnorodną wiekowo publicznością nie każdy może się pochwalić. Tym bardziej stanowi ona dowód na to, że SDM  to nie tylko muzyczny zespół. To muzyczne zjawisko.