Lot nad knurowskim gniazdem

 images Kiedy wzniosłem się ponad treści  Wiadomości Lokalnych… Nieprawdziwy obraz Knurowa, same pozytywne objawy kondycji miasta, bez fotografii zaniedbanych ulic i domów. Bez pokazania ludzi przeciętnych, ich przyziemnych poglądów i zainteresowań. Nie ma tu mowy o nieudolności władzy, lecz o pokazowej reakcji na  problemy mieszkańców.  Czytam o osiemdziesięciu szachistach biorących udział w konkursie co uważane jest za sukces, o lokalnym poecie – układaczu słów, który wydał tomik poezji po 20 latach, o wypadkach, pijaństwach i niezłomnym przekonaniu pewnego kustosza, że najważniejszą cechą polskiego Papieża była jego praca w kopalni… Nie znajduję obrazów źle ścinanych trawników przez tańszą firmę wygrywającą przetarg – bo pozostawiającą siano na miejscu egzekucji. Wznoszę się ponad to miasto, ponad Rybnik nawet i Katowice, ponad Śląsk i ten kraj zwany Polską –   kraj przemienionych kołodziejów. Jestem ponad Europą i zniżam lot nad kochaną Francją, nad Paryżem. Ląduję w Dzielnicy Łacińskiej, w małej kafejce przy Bulwarze Saint – Michel, pełnej emigrantów starego i nowego przypływu. Zamawiam przy błyszczącym, wycieranym miliony razy barze absynt, łącząc się z pokoleniem postimpresjonistów, potomków sfrustrowanych naśladowców malarzy natury i portretów na zamówienie. Zapominam na chwilę skąd jestem i po co tu się znalazłem. Widzę stąd małość problemów Knurowa.  Małość problemów moich i twoich.  Mierzę z takiej perspektywy temperaturę ostatnich wydarzeń – wyborów do Europejskiego Parlamentu, które nic nie znaczą, oprócz finansowej radości jego zwycięzców. Słysząc w Radiu Plus bełkot spikerki opisującej wypadek na moście w Poznaniu, iż pod ziemią płyną tysiące woltów. zauważam, że nie odróżnia napięcia od natężenia prądu – wolty nie mogą płynąć. Dziennikarze  w telewizji kładą akcent w słowach: „polityka” i „dynamika” na przedostatniej sylabie, zamiast na trzeciej od końca.
Niskie ciśnienie deszczowej pogody przytłacza mnie, gdy słyszę za oknem warkot stojącej ciężarówki z pracującym bez przerwy silnikiem. Zamykam oczy. Jestem szczęśliwy – że mieszkam w Knurowie, że jestem Ślązakiem i że przez moje okulary widzę świat bez ustanku zmienny i prawdziwy. I nikt nie może mi go zafałszować. Ani parafialne ogłoszenia, ani warszawscy twórcy kretyńskiego systemu oświaty ani bełkot pseudohumanistycznej logiki. Żal mi tylko naszych kopalń, niszczonych przez rządowe gremium sługusów, sprowadzających sowiecki węgiel po dumpingowych cenach.
Wracam więc lotem jastrzębia  na swój punkt obserwacyjny, na własną ambonę  w pokoju z widokiem na kasztanowiec i dom państwa Szczęsnych. Ponawiam lekturę lokalnej prasy, przedzielając obracanie kolejnej kartki  łykiem gorącej kawy – w niczym nie przypominającej płonącego absyntu.