Jeszcze o Cholonku

„Cholonek” wg powieści Janoscha „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” to spektakl o ludziach żyjących pomiędzy. Pomiędzy Polską a Niemcami. Pomiędzy snem a jawą. Pomiędzy tragedią a farsą. Dla Ślązaków i tych którzy Śląska nie rozumieją. Kij w mrowisko śląskich kompleksów, nacjonalizmów i krzywd wobec Polski i Niemiec. Pełen plebejskiego, śląskiego humoru i anegdot znanych wszystkim Ślązakom od dziesięcioleci i powtarzanych z pokolenia na pokolenie. Spektakl o ludziach posiadających atawistyczny, zwierzęcy dar dostosowywania się do okoliczności, które niesie los, za wszelką cenę starających się przetrwać, nierzadko kosztem własnej godności. Nikt przed Janoschem i nikt po nim nie potrafił w tak sugestywny sposób opisać losu Ślązaków w XX wieku, ich mentalności, poczucia humoru i zarazem całego tragizmu zawartego w śląskich losach. Przedstawienie, gdziekolwiek nie byłoby grane, od Stuttgartu przez Warszawę po Strzelce Opolskie, wywołuje łzy – łzy śmiechu i łzy wzruszenia.

Nowy Detlev w Cholonku i rozmowa z Elżbietą Adamiak

W poniedziałek byliśmy na „Cholonku – czyli Pan Bóg z gliny” po raz czwarty. Oczywiście w Teatrze Korez na Placu Sejmu Śląskiego w Katowicach. Śmialiśmy się jak dawniej ze Świętkowej, Świętka, Cholonka i Tekli. Z Detleva jakoś mniej, poprzednia obsada była znacznie lepsza. Poza tym Cholonek wyglądał jak po większej imprezie mocno zakrapianej. No i te miśki-maskotki, przyczepione do co drugiego fotela… Dla bezpiecznej odległości, ale sala była przez to tylko w połowie zapełniona, podczas gdy od lat trudno na to przedstawienie kupić bilety. Zawsze sala jest pełna gorącego, śląskiego języka i humoru. Czasem aktorzy mówili trochę za cicho, a może to ja tracę swój słuch absolutny…

Elżbietę Adamiak spotkałem niedawno.  Ma 65 lat, jako i ja. Jest żoną Andrzeja Poniedzielskiego, ma dwoje dzieci: Kasię i Michała. Jej piosenki zawsze melancholijne i zadumy pełne, odpowiadają moim nastrojom podobnym. Trochę przytyła, ale ładnie wygląda. Zawsze twierdziłem, że kobiety są najpiękniejsze po sześćdziesiątce.

Posłuchaj Elżbiety a na Cholonka wybierz się koniecznie – chyba, że jesteś z miasta niczyjego czyli z Sosnowca,,,

Pięć lat temu

Byłem wtedy, pięć lat temu, kimś zupełnie innym, niż jestem dziś: byłem młodszy, miałem tylko dwoje wnuków, lepszy, głupszy, dużo weselszy i grubszy, chociaż tak samo skłonny do melancholii jak dziś. Piłem więcej, paliłem więcej, choć z przerwami, miałem światopogląd, lepsze zdanie o ludziach, mniej pieniędzy i mniej czasu. Nie gotowałem i pisałem gorzej, piłem wódkę, gorsze wina i sądzę, że byłem przyjemniejszy w towarzystwie.

Przestrzenie głupoty przebyte w ciągu tych pięciu lat uświadamiają mi, ile jeszcze głupoty do przebycia przede mną, całe życie idioty w świecie złudzeń, jak bardzo głupi jestem teraz, tego oczywiście dziś nie dostrzegam.

Pisanie na tej stronie mnie zmieniło. I nie chodzi tutaj o jakieś gwałtowne przewartościowania, które mi się, owszem, przydarzały, ale później i od Remarqe’a raczej niezależne. Zmiana wydarzyła się gdzieś pomiędzy mną a światem, moje smutki i gorycze, wcześniej nienazwane, nagle znalazły swój i nie swój język.

Komunia na rękę to świętokradztwo !

Uważam, że branie komunii czyli Najświętszego Sakramentu na rękę to świętokradztwo !! Komunię można przyjmować tylko do ust !! II Synod Watykański zbytnio złagodził obowiązujące przepisy. Byłem ministrantem przedsoborowym, przenosiłem mszał z jednej strony ołtarza na drugą, przerzucałem białe serwetki na całej długości balasek, w których nie było przerwy… Umiałem też ministranturę całą po łacinie, czyli ten tekst, którym odpowiadało się księdzu, modlącemu się po łacinie tyłem do wiernych…

W moim kościele jest coraz mniej ludzi. Kocham Boga, więc sprawia mi to przykrość. Nie akceptuję też papieża Franciszka, szczególnie za jego bałwochwalstwo w Amazonii. Nie mamy odważnych biskupów, za to wielu księży mówi prawdę, szczególnie w internecie.

Panie,O Jezu mój, proszę Cię za Kościół cały, udziel mu miłości i światła Ducha swego, daj moc słowom kapłańskim, aby serca zatwardziałe kruszyły się i wróciły do Ciebie, Panie. Panie, daj nam świętych kapłanów, Ty sam ich utrzymuj w świętości.

Wieczór z Joan Baez

Joan Chandos Baez urodziła się 9 stycznia 1941 roku. Jest amerykańską piosenkarką, kompozytorką i autorką tekstów oraz producentką nagrań. Znana przede wszystkim z nagrań utworów utrzymanych w stylistyce bluesa i folku oraz muzyki religijnej i pieśni protestu.

Wystąpiła m.in. przed przemówieniem Martina Luthera Kinga w czasie Marszu na Waszyngton oraz na Festiwalu w Woodstock.. W latach 1961-1965 związana była z Bobem Dylanem.

Poznałem ją w 1972 r. w Rybniku. Na lekcji angielskiego śpiewaliśmy jej piosenkę Dona, Dona, po angielsku oczywiście. Nie było internetu, nie widziałem jej twarzy. Dopiero później, gdy poznałem Boba Dylana, zobaczyłem ją, ujrzałem jej twarz po raz pierwszy.

Dziś zaprosiłem ją znowu. Prosiłem, żeby przyjechała z gitarą. Jakim samochodem przyjechała – nie pytaj. Jest ujmująca. Lubi maślane ciasteczka i bardzo wytrawne, białe wino. Rozmawialiśmy o tym i o owym. Zapytałem, czy dołączyć do tego tekstu jej piosenkę, gdy miała lat 30 czy więcej. Teraz ma prawie 80. Powiedziała, że mam zrobić, co uważam. Tak też uczyniłem. Mam do niej osobisty telefon, gdy się spotkamy, pokażę ci jej zdjęcie z dedykacją dla mnie.

To zaśpiewaj teraz Joan…

 

Twój portret wiosenny

Podobno jesień piękną mamy tego roku. A u mnie, miarkujesz sobie Waćpanna – wiosna – i to ze wszystkich sił idzie ! Najbardziej czuć jej powiew od południa, wieczory też pachną kwiatami tuberozy, choć kasztanowiec zrzuca liście…. Od  wschodu i od północy wiosna bywa chłodna, osobno zaś późnym wieczorem, gdy siadamy pod jego okapem.

Chciałbym cię narysować Wiosny delikatną kreską, By zbiegły się wszystkie fiołki Nad zbudzoną z zimy rzeką. Chciałbym, by twe włosy były Jak warkocze leszczynowe, A usta twe szalone W kolorze pierwszych poziomek. Chciałbym, by twe oczy były W majową mgłę oprawione. Żebyś cała się śmiała Jak wiosenny dzwonek. Chciałbym, lecz słów brakuje I wszystkie się plączą. Chciałbym, lecz nie zdążyłem, Dzień znów schodzi się z nocą.

Tekst: Adam Ziemianin, muzyka i wykonanie Krzysztof Myszkowski

 

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy

To jeden z najsłynniejszych wierszy Dylana Thomasa. Impulsem do napisania utworu była postępująca ślepota ojca poety. W 1951 r., tuż po ukończeniu pracy nad wierszem, w notce do znajomego redaktora Thomas pisał:

„Jedyną osobą, której nie mogę pokazać tego krótkiego wiersza, jest oczywiście mój ojciec, nieświadomy nadchodzącej śmierci”.

Ojciec Thomasa umarł rok później, a sam poeta – na skutek przedawkowania alkoholu  i leków – w 1953 r. Miał 39 lat.

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy –
Bo nie rozszczepią słowami błyskawic –
Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy
Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Szaleni słońce chwytający w locie,
Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;
Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,
Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;
Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy
Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.
Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Diamenty i rdza Joan Baez diamonds and rust

Diamenty i rdza (Piosenka wydana w 1975 roku, jest o Bobie Dylanie, z którym była związana) A niech mnie, Oto znów nadchodzi Twój duch, Lecz to nie jest niezwykłe, To tylko księżyc jest w pełni, I wtedy dzwoniłeś. I siedzę tu Z ręką na telefonie Słuchając głosu, który znałam Bardzo dawno temu, Zmierzając prosto ku upadkowi. Jak pamiętam Twoje oczy Były bardziej błękitne niż jaja rudzika (ptak) Mówiłeś, że moja poezja była słaba. Skąd dzwonisz? Z budki na midwest. Dziesięć lat temu przyniosłam Ci spinki (do mankietu) Ty coś mi przyniosłeś Oboje wiemy co mogą przynieść wspomnienia Przynoszą diamenty i rdzę Więc wdzierasz się na scenę Już jako legenda Nieoszlifowany diamencie, Oryginalny włóczęgo, Przybłąkałeś się w moje ramiona. I tam zostałeś, Tymczasowo zagubiony na morzu. Madonna była Twoja za darmo Tak, dziewczyna na połowie muszli Mogła utrzymać Cię nietkniętym Teraz widzę Cię stojącego Z brązowymi liśćmi spadającymi dokoła I śniegiem we włosach Uśmiechasz się z okna Obskurnego hotelu Na Skwerze Waszyngtona Nasze oddechy tworzą białe obłoczki Mieszające się i wiszące w powietrzu Mówiąc szczerze, jak dla mnie, Oboje mogliśmy zginąć wtedy i tam Teraz mówisz mi Że nie tęsknisz Dajesz mi na to kolejne słowo Ty, który jesteś tak dobry w słowach I utrzymywaniu rzeczy niejasnymi Ponieważ potrzebuję teraz tej niejasności – Wszystko to wraca tak wyraźnie Tak, kochałam Cię bardzo I jeśli oferujesz mi diamenty i rdzę To już zapłaciłam.