Patrzę w twoje okno oświetlone nocą – pada deszcz.

Hej ty tam w górze – zwracałem się ku oświetlonemu oknu. Śmiałem się głośno, nie zdawając sobie sprawy z własnego śmiechu. – Ty iskierko, ty fatamorgano, ty twarzy, która wywiera taki dziwny wpływ na mnie, choć na tej planecie istnieją setki tysięcy innych twarzy, lepszych, piękniejszych, inteligentniejszych, szlachetniejszych, bardziej wiernych i lepiej wszystko pojmujących.

Ty przypadku, rzucony nocą na moją drogę i w moje życie, ty bezmyślne poczucie własności, które wśliznęło się we mnie, ty która nie wiedziałaś  o mnie prawie nic, oprócz tego, że ci się opierałem, i która zapragnęłaś ten opór pokonać, aż go złamałaś, żeby odejść – pozdrawiam cię ! Stoję tu oto, a nie myślałem, że kiedyś przyjdzie mi tu jeszcze tak stać.

Znów żyję, może nawet cierpię, ale stoję zwrócony przeciw wszystkim burzom życia, odrodzony w jego pierwotnej mocy. Deszcz zmienił się w migocącą srebrną zasłonę. Krzewy zaczęły pachnieć a woń ziemi jest mocna i pełna wdzięczności. Wszystko utraciło znaczenie. Noc strącała deszcz z gwiazd, tajemniczo i płodnie opadał na kamienne miasto, na jego aleje i ogrody, a miliony kwiatów otwierały przed nim różnobarwne łona.