Po rekolekcjach u Franciszkanów w Pińczowie

„Nie da się przez godzinę w niedzielę myśleć o Bogu, jeżeli przez siedem dni w tygodniu myślimy o czym innym.”

Wielu chodzi do kościoła z przyzwyczajenia, z musu, z tradycji, jednak nawet wielu wierzących, którzy w jakiś sposób doświadczyli w swoim życiu Boga, miewa trudności z przeżywaniem liturgii. Najczęściej dlatego, że zaniedbują swoją relację z Bogiem. Liturgia bez elementu żywej relacji staje się pustą pobożnością. Inna sprawa, że nawet mając żywą relację z Bogiem, trzeba umieć dobrze przeżyć liturgię. Bardzo ważne jest chociażby nastawienie, z jakim przychodzimy na Mszę Świętą. Zazwyczaj mówimy po prostu, że chodzimy do kościoła. Rzadko jednak słyszę, że ktoś przychodzi po prostu do Jezusa. To myśleniem dało mi zupełnie inną perspektywę. Czy jesteśmy w ogóle świadomi tej różnicy? Nie przychodzimy w niedzielę do kościołów na nie wiadomo co. To nie jest jakiś kościółkowy teatr czy wymyślone przez człowieka obrzędy. To jest misterium, tajemnica ubrana co prawda przez człowieka w pewne gesty, słowa i symbole, lecz jednocześnie natchniona przez Ducha.

Aby mieć udział w tej tajemnicy, aby móc jej chociaż dotknąć, trzeba współpracować z łaską i dać z siebie trochę więcej poza samym przyjściem do kościoła. Więc jak to jest? Czy przychodzimy na Mszę Świętą dla Niego czy raczej bezrefleksyjnie, z przyzwyczajenia? Musimy naprawdę chcieć skomunikować się z Bogiem podczas liturgii, żeby to się wydarzyło. To jest jak z pójściem w gościnę do kogoś. Nie kończy się to na samym wejściu do czyjegoś domu. Tam dopiero się zaczyna budowanie relacji, odnawianie więzi być może nadszarpniętych dłuższą rozłąką, wymiana uprzejmości, wspólny posiłek, cała etykieta. Podobnie jest z Mszą. Przychodzimy w gościnę do Boga, który zastawia przed nami stół i chce do nas mówić, opowiadać nam o sobie. On oczekuje, że i my powiemy coś o sobie, o tym co ostatnio przeżywamy – stąd mamy chociażby modlitwę powszechną i wszystkie te momenty przeznaczone na osobistą modlitwę. Kiedy o tym myślę, odnoszę wrażenie, że można wyróżnić kilka „rodzajów” gości. Niektórzy przychodzą, żeby się tylko najeść. Inni dlatego, że zaciągają ich rodzice (dotyczy to najczęściej dzieci 😛 kto ma lub sam był dzieckiem, ten wie 😂). Jeszcze inni odwiedzają rodzinę czy znajomych, bo tak wypada. Najmniej grupa robi to dlatego, że faktycznie tego chcą, a więc z miłości. Tak samo jest z nami, gdy przychodzimy na Mszę Świętą. Czasem naprawdę tego pragniemy, innym razem z różnych względów trochę nie mamy na to ochoty. Jezus jednak niezmiennie liczy na naszą obecność i bardzo się z niej cieszy. Dobrze by było jednak, żebyśmy pracowali nas naszymi motywacjami. Łapię się na tym, że pomimo że spotkałem w swoim życiu Boga i kocham Go nad wszystko, co znam, potrafię się zapomnieć i przyjść na liturgię zupełnie nieprzygotowanym, bez tej świadomości z Kim się właśnie spotykam. Zazwyczaj w porę się orientuję, ale to już nie jest wtedy to samo. Trzeba naprawdę być zanurzonym w Duchu Świętym, aby pod osłoną liturgicznych znaków i symboli wychwycić poruszenie Bożego Ducha i dać się porwać, poprowadzić, obdarować w tym świętym czasie. Odkrywam to na nowo od kilku lat i z jednej strony mnie to fascynuje, z drugiej niezmiennie stanowi wyzwanie. Dziś usłyszałem zdanie, które świetnie podsumowuje problem braku relacji z Bogiem i jej rolę w przeżywaniu Mszy Świętej: Nie da się przez godzinę w niedzielę myśleć o Bogu, jeżeli przez siedem dni w tygodniu myślimy o czym innym. Teraz widzę, że bardzo często właśnie z tego wynika moje rozproszenie podczas liturgii. Na owoce tej co najmniej jednej godziny w tygodniu pracujemy (albo nie pracujemy) tak naprawdę cały tydzień. Jeżeli trwamy w Chrystusie, to właśnie w przestrzeni liturgii powinno nastąpić szczególnie bliskie spotkanie i zjednoczenie z Nim. Jeśli jednak Bóg jest obecny w naszym życiu tylko momentami, przelotnie, a sami jesteśmy pochłonięci zgoła czymś innym, nie spodziewajmy się, że ta jednak godzina w tygodniu coś zmieni. Nie dziwię się wcale, że ludziom nie chce się przychodzić nawet na tę jedną Mszę, jeśli nie żyją z Bogiem na co dzień. Zwyczajnie nie są w stanie docenić tego daru, to do nich nie dociera. Pytanie co możemy zrobić z naszej strony, abyśmy lepiej przeżywali nasze coniedzielne spotkanie z Bogiem, a także uczyli tego innych? Jak inaczej rozpalić w wierzących pragnienie Boga i życia w bliskiej przyjaźni z Nim, jeśli nie poprzez bycie świadectwem i przykładem tego, że można inaczej? Stanowczo zbyt mało uwagi poświęcamy dobremu przeżywaniu liturgii, a jest ona przecież, jak naucza Kościół, źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego. Zbyt mało też mówimy o roli Ducha Świętego w przeżywaniu liturgii i o praktycznych sposobach na lepszą współpracę z Nim podczas Mszy Świętej. Na szczęście jeśli ktoś pragnie i prosi, znajdzie na to sposób. Duch, który jest Panem liturgii, najlepiej tłumaczy jej zawiłości i jest w stanie pociągnąć nas do siebie nawet przez pozornie dobrze nam znane i ciągle powtarzające się znaki. Jednak bez żywej i stałe podtrzymywanej relacji nie jest to możliwe. Zadbajmy o relację z Bogiem, a wszystko inne naprawdę zmieni się na lepsze!

www.facebook.com/BozyPunktWidzenia/