Śniadanie u Tiffany’ego

audreyindeksPiękny film, nieprawdaż ? A jaki romantyczny, cudowny… Nie, wcale nie kpię. Naprawdę mi się podoba. Mam to nagranie i wiele razy odtwarzam. Zawsze po jego obejrzeniu mam dobry nastrój. Że niemożliwe staje się realne. Że przypadki chodzą po ludziach i że czasami cuda się zdarzają. Trzeba tylko wierzyć – wtedy spełni się to, co  jest nieprawdopodobne.

A tak w ogóle mamy wakacje. Jeden z moich byłych uczniów zadzwonił do mnie i oznajmił, że 1/6 wakacji mamy już za sobą… Dobrze to policzyłeś chłoptasiu ?  Na razie nic nie mąci pogodnych, letnich dni. Nawet burze z piorunami są na miejscu. Zmokłem parę razy na spacerze z dziewczynami / czytaj: z Funią i Zuzią, moimi suczkami, sznaucerami miniaturowymi czarno-srebrnymi/. Ale to nic. Na wszystko mam czas, choć płynie ciągle do przodu. Czytałem kiedyś opowiadanie fantastyczne w „Zajmującej fizyce” Perelmana, że gdyby poruszać się z szybkością większą od szybkości światła to widzielibyśmy za sobą dni minione, tak jakby zachodziły za nami obrazy z przeszłości oglądane na filmie od końca… Ciekawe…

Ale dość tego ględzenia. Zostawiam cię Czytelniku sam  na sam z Audrey Hepburn. Do miłego.          Moon River