Ta lokomotywa jest moja

… las jest jak gęsty płot. Ja spadam w dół jak kot prawie. Nie na łapy cztery, lecz na koła cztery. Jechać, jechać, byle zdążyć przed dniem. Za krótki jest  sen, senność  gęsta jak mleko, jak para, a czasu szkoda. Moje myśli opisuje pająk, srebrną nicią myśli głodne oplątuje. Widzę drzewa sadu pobielone, to ten sam sad, ten czereśniowy. Czereśnie płaczą krwią słodką, szpaki zostawiają im pestki. Wystarczy zamknąć na chwilę oczy – widzę ten dom w pradolinie rzeki.  Obłąkana róża, deszcze w dzikim biegu, ciepło dla skostniałych rąk. Coś się pali – dach, lont,  czy knot mojej świecy.

Wystarczy, że zamknę oczy na chwilę i ten dom woła mnie otwartymi oknami – otwartymi  jak oczy chłopca, którym byłem dawniej. Oczy zostały te same, domu już nie ma. Pociągnęła go parowa lokomotywa.

Czy jeszcze jedzie – nie wiem. Do nieba droga daleka, rankiem powinna tam być. Przynajmniej według rozkładu jazdy z 1932 roku.