Ulisses – James Joyce

Z uwagą prześledziłem opinie na temat najsłynniejszego dzieła J. Joyce’a. Co mnie mile zaskoczyło, to fakt, iż w ogóle w dzisiejszych czasach dyskutuje się na temat takich utworów. Osobiście czytam „Ulissesa” po raz czwarty i traktuję go jak każdą inną powieść, bez podtekstów wysublimowania intelektualnego. Taka przecież ta powieść nie jest. Jest jedna rzecz, na która chciałbym zwrócić uwagę. Jak sądzę, większość z Was mówi o wersji polskojęzycznej. Mam to szczęście i umiejętność, że zadałem sobie trud przeczytania „Ulissesa” w języku angielskim i powiem szczerze, iż zmitologizowana trudność dzieła jest powodem zbyt swobodnego potraktowania dzieła przez tłumacza. Pan M. Słomczyński, przy całym szacunku dla jego przedsięwzięcia, popełnił, moim zdaniem, błąd właściwy polskim tłumaczom. Mianowicie zastosował metodę romantyczno-sentymentalną, której skutkiem jest zbytnie upoetycznienie tego utworu. Poza tym występuje wiele nieścisłości, a nawet nadinterpretacji w tłumaczeniu. Bez wdawania się w szczegóły powiem krótko – dobrze, że tłumaczenie jest, szkoda, że tak autorskie. Tłumacz zapomniał o konieczności przekazywania rzeczywistych myśli autora, a nie opisywania swoich wyobrażeń. Przykład: „Stateczny, pulchny Buck Mulligan…”; wersja angielska: „Stately, plump Buck Mulligan… Słowo „stately” oznacza „wspaniały, okazały, majestatyczny”, a nie żaden stateczny. Różnica w znaczeniu tych słów jest oczywista. Dlatego też nie popełniłem błędu i pozostałe dzieła czytam już tylko w oryginale. Podobnie jest w odniesieniu do słowa „gunrest” przetłumaczonego jako „działobitnia”, a de facto oznaczającego statyw do broni, swego rodzaju podpórkę. Działobitnia natomiast to działo wraz z obsługującymi je ludźmi oraz zapasami. Bardziej kompleksowe stanowisko artyleryjskie.

Można mi zarzucić, że się czepiam, ale od dobrego tłumacza wymagam, aby był „inżynierem tekstu”, a nie pisał własną książkę. Poza tym przystępowanie do lektury „Ulissesa” bez znajomości „Dublińczyków” i „Portretu artysty…” to zadanie trudne, gdyż jest w nim zbyt wiele odwołań do tych dzieł.

Mimo wszystko uważam, że książka jest warta przeczytania, choć nie zawiera jakichś przełomowych myśli. Tym, którzy nie bardzo radzą sobie z formą monologu wewnętrznego, polecam „Wawrzyny już ścięto” – Eduarda Dujardin (Joyce wzorował się na tym krótkim opowiadaniu) i „Kosmos” W. Gombrowicza.

Poza tym uważam, że nie wszystkie książki są dla wszystkich i jeśli ktoś nie jest w stanie książki zrozumieć, to nie ma powodu do wstydu. Osobiście zrobiłem podejście do „Fenomenologii ducha” Hegla i powiem szczerze – albo Hegel pisze banały, albo rozumu mi „nie staje” do jego zgłębienia.

/subdemon/