W Kryształowej

Wolny czas trzeba jakoś zagospodarować. To niezbyt piękne określenie przypomniało mi, że podobny tytuł miała moja  pracą dyplomowa  „O  zagospodarowaniu czasu wolnego górników i ich rodzin/…/. A więc w ramach tego pięknego czasu, który wolny jak ptak jest mi tak nieoczekiwany i miły, wybrałem się dziś do Katowic. To miasto kojarzy mi się nieodparcie z  latami młodości   i romantycznymi spotkaniami z czasów studenckich z moją najdroższą Żoną. Uwielbialiśmy to miasto, będące „w połowie drogi” między krysz20130911_133705Bytomiem a Rybnikiem. Wiele by tu opowiadać, ale zachowajmy to we wspomnieniach tylko nas obojga.  Piszę o tym dlatego, bo  najpiękniejszym miejscem naszych  młodzieńczych  spotkań była kawiarnia  Kryształowa  w kamienicy przy ulicy Warszawskiej numer 5. Co to była za kawiarnia !  Przychodziły tu dystyngowane panie w strojnych kapeluszach o przedwojennej przeszłości. Te  starsze, piękne  i   zadbane panie siadały przy stolikach tylko kobiecych lub w towarzystwie szpakowatych,  starszych  panów, ubranych w  nieco  wytarte  i niedzisiejsze marynarki,  pamiętające zamierzchłe  czasy   stolicy Górnego Śląska.  Zawsze było tu gwarno i  większość stolików była zajęta tak,  że nie zawsze udawało  nam się  usiąść  przy zupełnie pustym. Unosił się wszędzie zapach mocnej  kawy i woń świeżych serników, szarlotek i   lodowych  pucharów . Kryształowa  słynęła wtedy / mówię o latach siedemdziesiątych minionego wieku/ ze wspaniałych wypieków, po które ustawiały się kolejki kupujących je w cukierni na wynos.   My, i nie tylko my, woleliśmy zawsze usiąść w tych zabytkowych już, bardzo przedwojennych wnętrzach , w towarzystwie,  które spotykało się tylko w kawiarniach Warszawy, Poznania, Wrocławia czy Gdańska.  Towarzystwo nie nowobogackich, bo takich wtedy jeszcze nie było, ale raczej śmietanka przedwojennych właścicieli kamienic, upadłych mniejszych i większych fabryczek, adwokatów, lekarzy i profesorów czyli tak zwane ” lepsze  towarzystwo”.  Czuliśmy się   wśród nich zawsze swobodnie i jak w domu  / nie wiedziałem wtedy dlaczego/.  Zarówno  panie jak   i panowie przypominali nam  nasze  dystyngowane babcie,  wujków i zacnych księży, których spotykaliśmy po wielekroć na rodzinnych fajerach. Były to cudowne lata ! A do tego jeszcze trzeba dodać – co chyba najważniejsze – że  w Kryształowej  grał zawsze pianista, a czasami towarzyszyły mu skrzypce, wiolonczela i mała perkusja. Później widywaliśmy już tylko pianistę  grającego  przedwojenne szlagiery, który coraz częściej miał dni wolne , a potem  i to zniknęło i w kawiarni  ucichło. W  końcu  lat  osiemdziesiątych,  zaprosiłem do  Kryształowej moich nauczycieli na spotkanie z okazji Dnia Edukacji, w czasie mojego dyrektorowania w Szkole Podstawowej nr 7 w Dębieńsku Starym.  I albo w tym okresie  kawiarnia nie była już czynna, albo rozczarowała nas swoim zaniedbaniem i brakiem nastroju  tak, że spędziliśmy ten wieczór zupełnie gdzie indziej.  Mijały lata, a my   bywaliśmy w Katowicach coraz rzadziej,  zajęci pracą, domem i wychowaniem naszych córek.  Katowice stały się tak brzydkie, brudne i cuchnące jak brzydki stał się Bytom,  z jego woniejącymi    moczem  bramami i wejściami do rozsypujących się kamienic.

To wszystko dziś sobie przypomniałem, kiedy parkując samochód  niedaleko ulicy Warszawskiej,  postanowiłem wstąpić do tej naszej   Kryształowej.   Katowice zobaczyłem zupełnie inne, odmienione i wyładniałe, o odrestaurowanych   frontonach kamienic,  z deptakami i ławeczkami, nowymi klombami kwiatów  i spokojnie spacerującymi przechodniami.  Spotkałem kilku  studentów, młode małżeństwo w drodze do pracy , biednego  robotnika niosącego szyld z z  napisem „Kebab” , wędrującego po chodniku tam i z powrotem. Nie wiedział, z całą pewnością,  pod jaki adres go dostarczyć.  Choć było pochmurno i deszcz siąpił bez  ustanku,  Katowice zobaczyłem jako  starszą, dostojna matronę,  z wypoczętą i wypielęgnowana twarzą, z niewielkim  i delikatnym  makijażem i tak uśmiechniętą, o błyszczących oczach,  że  wyglądała  niby  dojrzała   kobieta    zapatrzona   w   swojego   żigolaka.

Wszedłem. Lokal by prawie pusty ale jakże  piękny. Wnętrza zachowały przedwojenny styl lecz całkiem odnowione,   pełne dobrego smaku i dostojeństwa.  Zamówiłem kawę i bezę pppindeksPavlova.  Czas płynął, kelnerzy uwijali się dokoła, ja telefonowałem kilka razy.  Kawa była mocna , gorzka i gorąca, beza wyśmienita i podana na dużym talerzu,  posypanym białym puchem  pudrowego cukru .

Teraz Kryształowa  jest restauracją Magdy Gessler i ma całkiem  inny styl.  Zachowała jednak swój  staroświecki  sznyt i  przedwojenną atmosferę.  Ludzi tylko zbyt mało, pianisty ani orkiestry też  nie było. Z dyskretnych głośników    Bodo  śpiewał  swoje  przedwojenne szlagiery i płynęły piosenki Starszych Panów. Chociaż tyle pozostało  z mojej Kryształowej. Wyszedłem na dżdżysty chodnik i zrobiłem pamiątkowe zdjęcie.

Kryształowa dzisiaj Nasze kochane Katowice.

W samochodzie milczałem. Wróciłem do Knurowa.  Do domu.