W taką ciszę

http://czerwonegitary.pl/

Sobotnie przedpołudnie, cisza, przynajmniej takiej bym pragnął. Ale ostatnio wiele się dzieje, u ciebie, u mnie i u niej. Po deszczach zrobiło się gorąco, prawdziwa polska jesień. Nawet w pewnej laubie w Brzeziu nad pradoliną Odry pająk uwił sobie pajęczynę, której stary już wiekiem gospodarz nie obmiótł przed moim przyjściem.

W ostatnich dwóch dniach w Rybniku byłem 6 /sześć razy/ w dwa dni ! 28 września w  czwartek, gdy jechałem do Lubomi koło Raciborza / tam i z powrotem czyli 2/, potem w piątek dwudziestego dziewiątego do południa, gdy jechałem do Brzezia nad Odrą / tam i z powrotem czyli 4/ i wreszcie późnym popołudniem tegoż samego dnia , gdy jechaliśmy naszą skodą rapid /stała na ulicy łączącej Rybnik z Wodzisławiem, wiec ją wziąłem na wychowanie/. Wjeżdżając do miasta od strony Gliwic  malowniczą szosą, która ciągnie  się przez wsie malowane rozmaitym zbożem i mokradła w Wilczej, miasteczko powitało mnie zapalonymi, gazowymi o tej porze roku, latarniami. Tuż koło stadionu Rybnickiego Okręgu Węglowego oślepiony ich blaskiem na moment straciłem panowanie nad kierownicą, że tylko dzięki mojej towarzyszce podróży i jednocześnie żonie, nie dachowałem na placu przed pawilonem pobliskiego szpitala.

Moja żona pomagała mi zawsze w moich awanturniczych podróżach, szczególnie do Afryki, gdzie w ramach świątecznego prezentu wynająłem dla niej lot samolotem nad Kongiem Belgijskim. W drodze powrotnej, niedaleko wodospadu Murchisona, samolot zahaczył o nieużywaną linię telegraficzną i musiał lądować awaryjnie. Pamiętam, że miałem wtedy potłuczoną głowę, natomiast moja żona miała złamane dwa żebra.

Czerwone Gitary przyniosły smak i zapach lat dziecięcych i to lekkie drżenie stóp o parkiet sali widowiskowej Teatru Ziemi Rybnickiej, których nawet silny nacisk rąk o kolano lewe – nie mógł zatrzymać. Niewiele z tego koncertu pamiętam, bo silne światła reflektorów i narkotyczne dymy ze sceny, kazały mi ciągle patrzeć w górę, tam gdzie lśniły małe haloogenki, jak gwiazdki na niebie. Nie klaskałem tylko przy „Białym krzyżu”/ – Krzysiek nigdy nie pozwalał tańczyć do tej piosenki, w którymkolwiek by klubie w Stanach nie grał. Nawet gdy grał „do kotleta” – ale on nigdy do kotleta nie grał. To była jego najbardziej osobista i ciągle wzruszająca piosenka. którą napisał o swoim ojcu. Zresztą, grał ją w każdym prawie amerykańskim klubie.

– Które trzy piosenki Krzysztofa Krzysztofa Klenczona są dla Ciebie najważniejsze ?

  Pierwsza to na pewno Historia jednej znajomości. Tekst napisał Jurek Kossela /zmarł 7 stycznia 2017 roku/ i to jest opowieść o nas. O mnie i o Krzysztofie. Krzysztof opowiedział Jurkowi, że poznał pewną dziewczynę… Pies, który „Głos Wybrzeża” w pysku niósł, to Betsie, mój owczarek szkocki collie. Piosenka od razu stała się przebojem i w połowie lat 60. przy jej dźwiękach podrywało się dziewczyny. Nie tylko na Wybrzeżu, ale w całej Polsce. Wprawdzie Jana Kras, żona Jurka Kosseli, uważa, że to jest piosenka o nich, a była żona Benka Dornowskiego, że o niej i jej mężu, ale to ja mam rację, a nie one (śmiech). Numer dwa to Biały krzyż.

Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości. Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj, Wydawnictwo WAM 2017