Wspomnienia z R.

Dwa miesiące, trzy lata, pięć dni – czym jest czas ? Niczym i wszystkim. Nie jest nic zadziwiającego w faktach, że teraz kwitną kasztany i że mają liście. Kiedy stąd wyjeżdżałem miałem chore płuca, nogi i nie tylko. Teraz, o wieczorze łagodnym jak pierś kobiety powracam tutaj. Przyjmuję wypadki z fatalistycznym spokojem, jedyną bronią bezbronnego. Niebo wszędzie jest takie samo, nad morderstwem, nienawiścią, miłością i poświęceniem. Drzewa co rok kwitną na nowo, niczego nie podejrzewając, błękitny mrok okrywa wszystko i znów znika, nie troszcząc się o rozpacz, zdradę i nadzieję. Dobrze znaleźć się znowu w R. Dobrze iść powoli, bezmyślnie, srebrzystoszarymi ulicami; dobrze mieć na własność tę godzinę spokoju i łagodnego rozpływania się na granicy, gdzie daleki smutek stapia się jak horyzont z tkliwym, nieustannym uczuciem szczęścia, że się żyje.

To milczenie, chwila pauzy, najbardziej otwarta i najsekretniejsza chwila bytowania, łagodny rytm wieczności w tym przemijającym świecie…