Wywiad z Romanem Buchtą – część druga: „Moje szkoły, moi nauczyciele, moja młodość”.

Buchta Romek 1W wyglądzie ulicy księdza Alojzego Koziełka zaszły zmiany.
Roman Buchta  –  Z Bartoszowej drogi wychodziło się na ul. ks. Alojzego Koziełka. Tydzień temu moja kuzynka Marzena wzięła mnie na wózek inwalidzki i powiedziała ,,wujku, jedziemy zwiedzać Knurów”. Ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ kiedyś ul. ks. Koziełka była reprezentacyjną ulicą Knurowa, była bardzo piękna. A teraz wygląda zupełnie inaczej.
Grzegorz Cuber  –  Przecież nawierzchnia jest odnowiona…
– Nawierzchnia tak, ale ja mówię o budynkach. Nie jest to to, co pamiętam z dzieciństwa, z wyjątkiem ciastkarni Klimka, a poza tym wszystkie sklepy są nie na swoim miejscu, nie tak jak to było kiedyś, wszystko się pozmieniało, wszystko się inaczej nazywa, jedynie ten Klimek się zachował i jest na swoim miejscu. Kołoczyki ma dobre, takie jak były kiedyś. Chodziłem na pamięć do pewnych sklepów, bez patrzenia na szyld lub okno wystawowe.
– Przypomnij, jakie to były sklepy ?
– Idąc od św. Jona, jak to się kiedyś mówiło, to najpierw był Wojtaszek, czyli mleko. Apteka była tam gdzie jest, Anna Klimkowa, czyli ciastkarnia, potem był Stania – masorz, szkoła, wiadomo w tym samym miejscu, a potem był sklep zwany „koksy” i Waluszek Wtedy był podział na Koksownię i Kopalnię. Koksownia otwarła sklep, trzeba było mieć legitymację, żeby tam kupować. Potem był Adamczyk, czyli wasz dom, po lewej stronie. Zawsze chodziliśmy podziwiać jak Adamczyczka nalewała mleko. Nam się to bardzo podobało. Mleko nalewała aluminiową chochlą. Nalewała – „cyk cyk” – ile tego faktycznie wlała to jej sprawa. Zawsze chodziliśmy ją podziwiać, a ona pytała ,,co tu robicie, przecież nic nie kupujecie, uciekajcie stąd !”. Potem był po lewej stronie Koczorek, u góry mieszkała Piczka, która zajmowała się krochmaleniem kołnierzyków dla całego rejonu. Wtedy kołnierzyki koszul musiały być obowiązkowo sztywne, na wesele – dla pana młodego, drużbów. Koszule do tej Piczki się zanosiło, a Tomulka, który był szewcem miał warsztat naprzeciwko Szyrmla. Jak dziś go widzę, siedział w drzwiach i klupoł buty. Potem była Woszowa, u której kupowało się alkohole. Następnie ul. Jainty, kamienica Szmidtki na rogu, dom Edwarda Przybyły i potem się już zaczynały familoki, po prawej stronie. Po lewej stronie był fryzjer, koło Tomulki, w domu Suchowiaka. Był też sklep meblowy, ORS , naprzeciw koksów. ORS czyli Oddział Ratalnej Sprzedaży. Bartoszek tam urzędował, zwany Żydem, z powodu swoich handlowych umiejętności. Znany był z niego na całej ulicy „babiarz”. W podwórzu był zakład masarski, nie pamiętam kto był jego właścicielem. U Szyrmla w głębi przyjmowali skórki od królików do garbowania. Szyrmle mieli olbrzymi sad przy ul. Sienkiewicza. Zawsze czekaliśmy na lato, żeby owoce dojrzały. Czereśnie kosztowały 2 zł i podawało się przez furtkę. Bo mieli takiego psa, który wabił się Amin. Nieraz trzeba było czekać aż Szyrmlino przyszła, a pies stał przy furtce i nie pozwalał wejść. Było tam wolne pole, między Pawlytką a Szyrmliną, którego właścicielem był Czernik. Kończyło się budynkiem Czernikowym, ale wejście było od ul. ks. Koziełka. Potem była Szymurka, nikt jej nie godoł Szymurka tylko Anele, do Anele się szło, a potem już były familoki.
– A obecnych bloków jeszcze nie było?
– Te bloki powstały w końcu lat 50. Gdy chodziłem do liceum to zaczęto te bloki budować, było to tak zwane „Czerwone Osiedle”. Podobne było w Szczygłowicach. Zanim powstały te bloki, było tam pole. Nazywaliśmy je „Kwitkowe górki”. Chodziliśmy tam jeździć na taszach, prosto ze szkoły. Był tam też Szlossteich /staw zamkowy/. Tam gdzie był cmentarz, to ta dolina to był Schlossteich. Potem Ośliźlok, ale to już była ul. Wolności. Dla mnie wyznacznikiem terenu był młyn, Słowik – piekarnia, który już wtedy istniał. Młyn był na Szulcowym polu. Czy oni byli właścicielami, tego nie wiem. No i potem była już prawie końcówka Knurowa. Po lewej stronie przed młynem było gospodarstwo Pana Szulca. Atrakcją tej Anny Szulc było to, że wynajmowała karawan. Był to karawan konny, w rogach miał sfazowane, matowe szyby. Konie były dwa, a powoził tym karawanem stary Grabelus. Był niskiego wzrostu i wszyscy się dziwili, że śpi w sianie u Anny Szulcki. Jeszcze po wojnie nosił taki stary, przedwojenny mundur przeznaczony specjalnie dla powożącego karawanem. Mundur był laminowany srebrem, a na głowie nakrycie w kształcie rogu, podobne do tego jakie nosił Napoleon. Potem się to już zużyło i nikt nowego mu nie zrobił. Jeździł więc Graberus po cywilnemu. Jak trzeba było przewozić ludzi karawanem, to się chodziło do Grabelusa.
– Opowiedz teraz o swojej pierwszej szkole.
– Jeśli chodzi o szkołę, mówiło się na nią „stara szkoła”. Był to ten budynek, w którym teraz jest gimnazjum, taki stareńki. Do dziś wyobraźnia działa i czuję ten tak zwany zapach pyłochłonu. Co sobotę sprzątaczki oliwiły podłogę i w całej szkole unosił się taki charakterystyczny zapach pyłochłonu – był to stary, przepalony olej z kopalni, którym smarowało się drewniane podłogi, aby nie unosił się kurz i pył z butów. W sobotę lekcje kończyły się wcześniej i wkraczały sprzątaczki. Był taki podział, że klasy od pierwszej do trzeciej miały zajęcia w tym budynku, a potem się czekało na odmianę jakiejś dorosłości, bo od czwartej klasy przechodziło się do budynku głównego. A stara szkoła była królestwem przedwojennych nauczycielek. Sochówna, Łobarzewska, która uczyła mnie w pierwszej klasie. Uczyła ona też jeszcze moją mamę. Dochodziło do komicznych sytuacji. Ona była z domu Wichary, Łobarzewska. Jej mąż był kierowcą w latach 60. Pojechałem do takiego doktora Kimela, który był sercowcem, jeden jedyny w całej okolicy. Pojechałem do niego się leczyć. Kazał mi przynieść EKG, a EKG robiła legendarna pani Fojt. To EKG ona mi zrobiła. Przyszedłem do tego Kimela, daję mu to EKG, a on za chwilę woła mnie i mówi: panie Buchta, pan mi dał nie swoje EKG, tylko kogoś innego. Było to EKG Wicharego, który już nie żył. Skąd ona wytrzasnęła to EKG to nie wiem. Wyjaśniła się sprawa i przyjął mi to EKG i uwierzył, że to było moje. Takie to były sytuacje komiczne. Kto słyszał Buchta, to nie dowierzał. Jeżeli chodzi o szkołę, to nawet w tym budynku głównym nacierano podłogi pyłochłonem. Były smarowane olejem, a przez niedzielę to w jakimś stopniu wsiąkało do drewnianej podłogi. Jak się przychodziło w poniedziałek do szkoły to już nie było takiego mocnego zapachu. W tej starej szkole uczyły: Święchówna, Łobarzewska, potem doszlusowała Stefa Palengowa, ale to już było pokolenie młodsze. W tej szkole były piece, palił w nich pan Skubacz, który razem z żoną mieszkał w szkole wysoko pod dachem. On właśnie był takim gospodarzem w szkole: zamiatał, czyścił, palił w piecach, na zimę uszczelniał okna. I z tej małej szkółki zrobiła się taka cała instytucja. W każdej klasie były wieszaki na ścianie na kurtki i płaszczyki dzieci. W każdej klasie wszystkie lekcje się odbywały, nie przechodziło się od klasy do klasy. Wieszaki były na takiej charakterystycznej desce. Porządek był w szkole przedwojenny, pani Łobarzewska tego pilnowała. Tablica była jedna, wisząca, zielona, potem dopiero pojawiły się dwie tablice naciągane linką, jeżdżące od góry do dołu. Gabinetów pomocy nie było, każda klasa miała swoje mapy, swoje stałe wyposażenie. Jak się szło do klasy, to się taką mapę do klasy zabierało. W nowym budynku było lepsze wyposażenie w tablice i pomoce naukowe. Tam też było ogrzewanie piecowe.
– Powiedz, jak wtedy było z książkami? Czy były dostępne ?
– Moje roczniki miały swoje książki kupione za swoje pieniądze, przechodziły one z pokolenia na pokolenie. Pisaliśmy stalówką maczaną w kałamarzu. Ławki były stare, przedwojenne, z pochyłymi blatami. W środku był otwór na kałamarz z metalową klapką. Siedzenia w ławkach były podnoszone, gdy się wstawało albo były też stałe, nieruchome. Pan Skubacz, woźny, pilnował żeby w tych kałamarzach było dosyć atramentu. Miał taką litrową butlę z atramentem i do każdego kałamarza nalewał do pełna. Przedwojenne nauczycielki wprowadzały popłoch wśród nas, uczniów. Pani Łobarzewska była spolegliwą, już wtedy starszą babcią. Święchówny były trzy – jedna uczyła u nas, druga w szkole w dwójce, a trzecia prowadziła dom, gdzie mieszkały.
– Mieliście mundurki?
– Nie, nie było żadnych wymagań co do ubioru. Bardzo zwracało się uwagę na posiadanie zeszytu. Moje zeszyty były powodem skandalu. Lubiłem bardzo rysować i kiedyś na matematyce było zadanie: dwa jabłka dodać jedno jabłko równa się trzy jabłka. A ja te jabłka pokolorowałem pół na pół na zielono i czerwono. Jak pani Łobarzewska to zobaczyła, to się wydawało, że „coś ją trafi”, wszystkim pokazywała mój zeszyt, mówiąc ,,zobaczcie, co ten chłopak narobił”.
– W którym roku zacząłeś szkołę podstawową?
– Rozpocząłem szkołę rok po zakończeniu wojny, a więc w 1946 . Przez rok jeszcze chodziłem do przedszkola. Przedszkole było w starym budynku, pierwsza sala po lewej stronie. Wchodziło się od ulicy. Potem były klasy w szkole. Po prawej stronie od wejścia był ciąg okien i to było mieszkanie dla nauczycieli. Mieszkał tam później pan Henryk Moszyński, który został dyrektorem liceum. Budynek miał 7 klas. Kierownikiem szkoły był Pan Świdrak, jego żona była nauczycielką, mieli dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, ale oni byli już poza szkołą podstawową. Rodzina Świdraków wywędrowała poza Knurów i nastała era Ligockiego. Znany był z tego, że jak ktoś coś przeskrobał, kręcił mu głową i trzask prask z każdej strony i był spokój. Był postrachem szkoły. Żonę miał knurowiankę, Żurkowską. Długo był kierownikiem, miał kancelarię w głównym budynku szkoły. Kancelaria była zawsze na piętrze, po wejściu po schodach – na środku były drzwi, które do niej prowadziły. Potem się to rozbudowało na dwa pomieszczenia – osobno gabinet kierownika, osobno sekretariat. Po prawej stronie na końcu korytarza były połączone dwie klasy. Było szerokie przejście, a w jednej części była scena, co było dużym postępem: była to „bina” czyli scena po niemiecku. W miarę potrzeby drzwi środkowe się rozsuwało i była duża przestrzeń jako widownia. Pamiętam, że zawsze dzień matki odbywał się w tym pomieszczeniu. Funkcjonowało to aż do któregoś remontu szkoły. Było już wtedy pianino w szkole, stało wtedy na tej binie, długo z niego korzystaliśmy. W tym sensie korzystaliśmy, że został zatrudniony nauczyciel muzyki, członek Operetki w Gliwicach – śp. pan Kocima z Gierałtowic. On uczył nas tego śpiewu, raczej próbował nas czegoś nauczyć. Było to już takie nowocześniejsze. W szkole nie było sali gimnastycznej i ktoś wymyślił, że godzinę wcześniej biegaliśmy do dwójki, która miała salę gimnastyczną i tam biegaliśmy na lekcje wuefu. Szkoła nr dwa to był szalony postęp, jeśli chodzi o nowoczesność placówki oświatowej. Pamiętam, że była tam pracownia robót ręcznych dla chłopców. Na ścianie frontowej były umieszczone szafki z narzędziami, wszystkie kółka, wielokrążki.

– Przejdźmy teraz do twojej drugiej w życiu szkoły, czyli do szkoły średniej. Z twoich opowiadań pamiętam, że było to liceum Hanki Sawickiej w Rybniku, a dokładniej Liceum Pedagogiczne mieszczące się w budynku Liceum Ogólnokształcącego im. Hanki Sawickiej w Rybniku.

–  Naukę w szkole średniej rozpocząłem w roku 1953; rok później powstało liceum w Knurowie. Większość moich kolegów wybierała się do tego liceum, ale ja byłem przygotowywany do szkoły zawodowej, głównie  przez mojego ojca. W Szkole Podstawowej nr 1 na piętrze były trzy klasy prowadzone przez Koksownię Knurów, przygotowujące do pracy w Koksowni. A ktoś powiedział mi, że w liceum w Rybniku, w Hance Sawickiej, powstaje klasa o specjalności pedagogicznej – u dyrektora Jarosza. Tam się zgłosiłem i wszyscy byli ,,dzicy”, czyli bardzo zdenerwowani przed egzaminem wstępnym. Egzamin był z języka polskiego, matematyki i geografii. Wszyscy w domu czekali, jaki będzie wynik mojego podejścia – na szczęście zdałem i zostałem przyjęty. Coś z geografii było nie tak, ale myśmy w zasadzie w szkole podstawowej geografii nie mieli. Pamiętam mapę polski i Stefę Wawrzynkową – z nią mieliśmy tę jedną lekcję geografii. Do liceum w Rybniku dojeżdżałem pociągiem. Pociąg jechał z Knurowa prosto do Rybnika. Dworca kolejowego w Knurowie jeszcze nie było, był stary dworzec i tam się czekało. Tam chodziliśmy rano, żeby odjechać pociągiem. Aby dojechać na godzinę 8.00, trzeba było o 5.00 wstać, zebrać się i iść. Spora grupa nas jeździła wtedy do Rybnika: Ilona Sikorska, Irka Chodorowska i inni, których nazwisk w tej chwili nie pamiętam.

– Może powiesz jak ten dworzec wtedy wyglądał?

–  Dworzec knurowski, wzorem innych, podobnych, niemieckich budynków, miał wejście główne i na perony szło się przez cały budynek. Po lewej stronie była kasa biletowa i takie olbrzymie,  podnoszone do góry okno, gdzie przyjmowali i wydawali paczki. A po prawej stronie było pomieszczenie naczelnika, a potem duża sala, czyli poczekalnia. Poczekalnia, tak jak gdzie indziej, była z bufetem piwnym. Wódki tam nie sprzedawano, o ile pamiętam. Górnicy rano po szychcie szli na piwo do tego bufetu.

– Pamiętasz kto w tym bufecie sprzedawał?

–  Były to dwie panie, ale obie były spoza Knurowa. Dookoła bufetu były ławki drewniane z oparciem, dla tych słabszych szczególnie. Były one okupowane przez młodzież, bo odrabiało się tu na kolanach zadania domowe.

– Czy przechodziło się przez cały dworzec na tory?

–  Tak, ale przed drzwiami na peron stał obowiązkowo kolejarz, któremu trzeba było pokazać bilet i tylko osoby go posiadające mogły wejść na peron; był to niesamowity dryl. Na peronie wisiał na łańcuchu okrągły, duży zegar kolejowy. Ubikacje były osobne, nie było pisuarów, były to ubikacje typu latryna. W takich  oto warunkach dojeżdżaliśmy do Rybnika. Ci, którzy chodzili do liceum czy technikum, uczyli się trzy lata, a w styczniu przed maturą ogłosili, że licea pedagogiczne będą pięcioletnie. W pierwszej chwili zachwyciliśmy się tą informacją, że jeszcze mamy rok nauki, że nie musimy iść do pracy, ale potem ,,różki się zwijały” i mieliśmy dość tej szkoły.

Kadrę w szkolę mieliśmy przewspaniałą, nie wiem, czy jeszcze taką się teraz spotyka. Pani Podlodowska, Ptaszyńska, Tarczyńska, Hain, po mężu Zubikowa – słynna pani z chemii, biologii uczył pan Matys, matematykę mieliśmy  nie z panem Podeszwą, który uczył piętro niżej, ale z panią Plucianką.

Pamiętam, że była harcerką, chodziliśmy zawsze rano do piekarni po bułki i robiliśmy kanapki do sprzedaży w sklepiku. Ja zakładałem ten sklepik razem z panią Plucianką.  Cały ten sklepik to była szafa na drugim piętrze, tam były też schody na strych.  Szafa była dwudrzwiowa, stał przed nią zwykły stolik szkolny i ja przez dwa lata byłem tam ekspedientem. Pani Plucianka  bardzo mnie lubiła, ale jeszcze bardziej kochała mnie Flora, czyli pani Podlodowska. Nazywaliśmy ją tak dlatego, bo bez względu na porę roku –  czy sukienka była cienka, czy było to futro, do każdej garderoby miała przypinany duży kwiatek. Była wspaniałym człowiekiem, a jeszcze urosła w naszych oczach,  kiedy dowiedzieliśmy się, że jej mama, Helena, jest aktorką w Teatrze Śląskim. I wtedy wprowadzała nas często w życie teatralne. W Technikum Górniczym już był budynek z aulą i sceną i tam obowiązkowo chodziliśmy na przedstawienia teatralne. Głównie na przedstawienia Teatru Śląskiego.

– Dlaczego nie odbywały się one w auli w Liceum Hanki Sawickiej?

– W liceum była tylko sala gimnastyczna, nie było wtedy jeszcze auli, ani sceny i przygotowanej widowni, dlatego chodziliśmy do Technikum Górniczego. Do tej sali przyjeżdżała filharmonia, te koncerty nazywały się Artos. Występ tworzyło dwóch śpiewaków, skrzypek i akompaniator na pianinie. Na skrzypcach grał Paweł Święty, wspaniały artysta, A na pianinie Lidia Grychtołówna. Paweł Święty rozwiódł się z Mosgaliczką i gdzieś zniknął. Nikt nie wiedział co z Grychtołówny wyrośnie. Na zjazdach po maturze większość z nas pamiętała, że wychodziła na koncert trzymając chusteczkę w szpic, siadała do pianina i poprawiała stołek, chusteczkę kładła z boku na pianinie.

– A nie przecierała nią klawiatury?

– Nie, tego nie robiła. Do kina w Rybniku mniej chodziliśmy. Zajęcia kulturalne były dla nas bardzo bogate, bo wszyscy nauczyciele a szczególnie pani Plucianka, Tarczyńska i inni wychodzili z założenia, że nauczyciel musi być wszechstronnie wykształcony, żeby mógł dobrze uczyć dzieci. Jedynie pani Hain, była przeciwko nam i gdy ktoś czegoś nie umiał, przepytywała od początku… Zawsze przychodziła w satynowym fartuszku, koczek ze wstążeczką a potem się zaczynało. „Ciołki” to było jej ulubione określenie, „pójdziecie w świat i będziecie dla nas produkowali całą serię klocków”. Panią Kozak, która uczyła historii,  nazywaliśmy „cwingi”, bo była niskiego wzrostu i taka drobna, zebrana w sobie jak te ściski stolarskie. Była bardzo mądra i fajna. Odżyła teraz sprawa sprzed laty, w czasach komunistycznego „ustawiania” szkół z czego zdaliśmy sobie sprawę dopiero później, że była to inwigilacja. Byliśmy inwigilowani w ten sposób, że jadąc od Czerwionki lub od Knurowa, musieliśmy wysiadać na Paruszowcu, a z Paruszowca trzeba było iść pieszo do Hanki Sawickiej. Chodziło o to, żebyśmy nie wchodzili po drodze do kościoła.

Koniec drugiej części wywiadu z Romanem Buchtą. Część trzecią opublikuję  wkrótce.