Zanurzam ręce…

… w wodzie jakiejś fontanny … Pokrywają się małymi perełkami powietrza, jakby były z jakiegoś nieznanego metalu…Moje serce jest powolne i ciche, ale mimo to robi dość dużo hałasu i sprawia dość nieszczęść. Wchodzę do nieznanego kościoła. Trwa nabożeństwo i dym kadzidła wzbija się ze srebrnych trybularzy ministrantów. Sam kiedyś tak  kadziłem, to było dawno… Jestem w jakimś ogrodzie otoczonym żelaznym parkanem. Stoję przy wielkiej, czarnej i zimnej bramie.Opieram o nią dłonie i cały do nich przyciśnięty wyglądam na zewnątrz. Stoję tak długo. Światło staje się coraz bardziej nasycone, czerwieńsze i bardziej złote.  Lasy tracą błękitne cienie i stają się czarne. Niebo nade mną zielone jak jabłko i pełne różowo oświetlonych żagli chmur.

Zapalam fajkę. Ostry zapach taniej machorki otacza mnie i wyczarowuje obraz: proste życie bez problemów, z solidnym zawodem, solidną żoną, solidnymi dziećmi, solidną egzystencją i solidną śmiercią – wszystko przyjmowane bez wątpliwości.

Dziś sobota, dzień wolny, wolny wieczór i wolna noc, bez dociekania, co za tym jest. Ogarnia mnie na chwilę żrąca tęsknota i coś jakby zazdrość.

Zamykam powoli okno, gaszę spokojnie światło. Nie, nic nie miałem na myśli.